Wiech na 102!

  • 55 115 2
  • Like this paper and download? You can publish your own PDF file online for free in a few minutes! Sign Up

Wiech na 102!

STEFAN WIECHECKI WSTĘP HENRYKA KOROTYŃSKIEGO SPIS TREŚCI Przedmowa- Henryk Korotyński. ................. 5 1936-1939 1

499 86 482KB

Pages 124 Page size 595 x 842 pts (A4) Year 2009

Report DMCA / Copyright

DOWNLOAD FILE

File loading please wait...
Citation preview

STEFAN WIECHECKI

Wiech na 102! WSTĘP HENRYKA KOROTYŃSKIEGO SPIS TREŚCI Przedmowa- Henryk Korotyński. ................. 5 1936-1939 1. Bić świadków. ......................... 9 2. Pomniki Warszawy ....................... 11 3. Parasol w śmietanie ......................12 4. Ondulowana władza ...................... 14 5. Wysoka Eksmisjo! ....................... 15 6. Groźny fant........................... 17 7. Rozmowa z zegarem ...................... 18 8. Następca Kusego. ....................... 20 9. Leda z łabędziem ........................ 21 10. "Mlimiuś". ........................... 22 11. Małżeństwo gwiazdy . ..................... 23 12. Kopelman szaleje. ....................... 25 13. Złośliwa wiewiórka. ...................... 26 14. Stój, cipuchna ......................... 27 15. GaryCoopersztein ....................... 28 16. Krytyka literacka ........................29 17. Jak Kiliński uszył buty Moskalom . . . - . . ......... 18. W dzielnicy dyplomatycznej .................. 33 19. Frak Bogusławskiego ..................... 34 20. Pomyłka wyroczni ....................... 36 21. Umączona władza ....................... 37 22. Maj w komisariacie. ...................... 38 23. Martena i patelnia. ........................ 40 24. System prof.Pigalini ...................... 41 25. Szczyt roztargnienia ...................... 43 26. Sardynki tańsze. ........................ 44 27. Rozmowa prywatna ...................... 46 28. Zawodowy świadek.. ..................... 47 29. Dwie kasjerki .......................... 49 30. Hipopotam czy boża krówka? . ................ 50 31. Niech żyją zasady. ....................... 52 32. Pan Boczkowski ........................ 53 33. Starozakonny gajowy ..................... 55 Powrót Wiecha . ........................ 57 1945-1946 34. Zezowaty baranek ....................... 58 35. Dziecinny podatek ....................... 59 36. Wielbiciel policji .......... 37. 140baniek ....... . ;'. . . . 38. Małżeństwo koleżeńskie......

31

39. Wiadomo-Stolica! ........ 40. Na własną rękę ........... 41. Okazyjna jazda ........... 42. Powitanie Kiercelaka ....... 43. Książę w prześcieradle....... 44. Spacerkiem przez Poniatoszczaka 45. Kto mnie bije ............ 46. To pan-nie Hitler. ......... 47. Pych na wodę! ........... 48. Goering i banany .......... 49. Opera w kuchni. .......... 50. Wigilia tułaczy ........... 1948-1955 51. Mąż oczka łapie. ........................ 84 52. Gaf a św. Mikołaja. ....................... 87 53. Diabeł pod gazem ........................ 88 54. Trzy Ewy ............................ 91 55. Tego nie lubię. ......................... 92 56. Dlaczego metro? ........................ 93 57. Popiel miał gorzej ....................... 95 58. Motocykliści, uwagah ...... ...... .......... 96 59. Fatalne spotkanie ....... ..;.'. ........... 98 60. Koza w kagańcu ........................ 99 61. Nowa numeracja ........................ 101 62. Najwięcej literatów. ...................... 102 63. Z dwoma uszami ........................ 104 64. Zaskórniak ........................... 105 65. Sztorcowanie. ....................... . . 107 66. PGR Śródmieście. ....................... 108 67. My się nakryć nie damy! .................... 110 68. Ogólne chrzciny ........................ 111 69. Za ciasna korona ........................ 113 70. Leszek popraw koronę .................... 115 71. Rudy biber pod Grunwaldem ................. 118 72. Jagiellonka trzepie arrasy ................... 120 73. Jak Sobieski "przerobił" cesarza .............. . ; 122 74. Sejm w karafce ........................ 124 1957-1959 75. Nie ma takiej kobiety... .................... 125 76. Kudy mu do Kiercelaka! .................... 126 77. PutramentczyChatisow? ................... 128 78. Oczkiem wyżej ....... 79. Znajomy słoń ........ 80. Przyjajeczku ........ 1962-1967 81. Przerabiamy Warszawę. . . 82. Trrr...wrrr...prrrr. ...... 83. Jak za Dąbrówki. ...... 84. duchowy liść ........ 85. Byłem na,.Krzyżakach". . .

86. Zaduma nad Matejką .... 87. Żona mu podobnież pomaga 88. Tajemnica rodzinna. .... 89. Teściowa mnie odgania. . . 90. Na plaży... .......... 91. Szpagatowa inteligencja . . 92. Żelazne ciuchy ....... 93. Ameryka przez szybę .... 94. Naszmamuciak . ...... 95. Windą na Halkę ...... 96. Carmen i kołdra puchowa. 97. Hotello .......... 98. Fanfan "Dryblas" ...... 99. Plotki królowej Bony .... 100. Na grypę-Medea ...... 101. Bez szwagra leżem... . . . 102. A może by tak manto?. .. . PRZEDMOWA Zapewne nie tylko starsi wiekiem czytelnicy, ale i ci z młodszego pokolenia znają takie oto powiedzonka: znakiem tego - śmiej się pan z tego - przypuszczam, że wątpię - skoro jeżeli -a to ci polka - niech ja skonam - w ząbek czesany itd. itd. Mówimy tak czasem dla żartu, nieraz słowa te niepostrzeżenie rzucamy w toku rozmowy, kiedy indziej słyszymy je na bazarach i targowiskach, a to wszystko Wiech albo przeniósł z warszawskiej gwary do swoich felietonów, albo sam te słowa stworzył. Najwybitniejszy znawca tego kręgu problemów, prof. Bronisław Wieczorkiewicz, pisał o Wiechu: "Stał się on twórcą pisanej gwary stołecznej, potrafił z mowy mówionej uczynić mowę pisaną".*'Sam Wiech skromnie siebie oceniając, orzekł, że twórca to za duże słowo, bo on tylko "starał się wiernie ją (tę gwarę - przyp. HK) odtworzyć" czasem, ale bardzo rzadko, ,,na kanwie istniejących zwrotów wyprodukować coś nowego". Zazwyczaj ograniczał się do szlifowania warszawskiej gwary. Kto wie, czy nie największym świadectwem popularności Wiecha w najszerszych kręgach naszego społeczeństwa, "od dorożkarza do ministra", przed wojną i po wojnie, było to właśnie, iż niejedno z powiedzonek, stworzonych przez felietonistę, trafiło do języka, który się potem słyszało naTargówku i na Woli, w Hali Mirowskiej i na Polnej. Skąd tak wyjątkowa znajomość i tak znakomite wyczucie gwary warszawskiej u dzienni karza-felietonisty? Urodził się na Woli, w tej to dzielnicy przy ul. Wolskiej założył i prowadził w latach 1924-1926 Teatr Popularny, przez długi okres mieszkał w pobliżu Kercelaka na rogu Chłodnej i Przyokopowej, a właśnie na Kercelaku (sam o tym wspomina) nasłuchał się warszawskiej gwary i tam podpatrzył przeróżne typy, z których zrodzili się potem pan Piecyk i Walery Wątróbka z żoną Gienią. Drugim chronologicznie, ale chyba najbogatszym, źródłem były dla Wiecha przedwojenne sądy grodzkie, a on właśnie po krótkim stażu reporterskim w "Kurierze Warszawskim" i ,,Kurierze Czerwonym" został tej gazety sprawozdawcą sądowym. Ponieważ w sądach grodzkich klientełąbył najczęściej zwykły ludek warszawski, przeważały zaś pyskówki, tu Wiech znalazł i sytuacje życiowe, i słownictwo najbardziej smakowite. A że na szczęście redakcja nie żądała od

Stefana Wiecheckiego zwyczajnych kronikarskich sprawozdań sądowych, pisał więc w stylu humoreski, a czasem, "żeby było zabawniej" (to są słowa Wiecha), zmieniał co nieco faktyczny przebieg procesu... ISBN8345000-30-5 *) Bronisław Wieczorkiewicz "Gwara warszawska dawniej i dziś". Warszawa 1966. 5 Wiech wiernie notował, że jego bohaterowie mówili "musiem", "zamiaruje", ,,u nasz", "Źalibosz" i tym podobnie, ale już dla pysznej zabawy czytelników sam określał ZUS słowami ,,Chora Ubezpieczal-nia", o Urzędzie Stanu Cywilnego Wątróbka i Piecyk mówili ,,magistracki kościół", posterunkowego nazywali "postronkowym", fata morgana przerabiali na ,,fatamrugana", a przepity głos któregośz ich kolegów był ,,sznaps-barytonem". * Język Wiecha to skarbiec obyczajowy i ozdoba jego pisarstwa, ale, rzecz jasna, nie tylko to stanowi o trwałej wartości i niepowtarzalnej swoistości dorobku literackiego Stefana Wiecheckiego. Był bystrym obserwatorem codziennego życia warszawskiego ludu, znał świetnie jego obyczaje i nawyki, widział i wiedział, jak pracują handel i gastronomia, jak działa komunikacja miejska, znał warszawskie kamienice i mieszkania, obracał się swobodnie wśród różnych profesji - głównie tych na niższych szczeblach drabiny społecznej. Czasami prowadził Walerego z Gienią do kina lub teatru, nawet zaglądał z nimi na kiermasz książek czy Warszawską Jesień, jedynie polityka nie interesowała Wiecha-felietonistę i odnajdujemy u niego rzadkie tylko jej echa. Można więc rzec, iż był on kronikarzem spraw zwykłych, codziennych, na które patrzył z pogodnym uśmiechem lub przymrużeniem oka. Takim spojrzeniem obejmował także Żydów warszawskich. Stanowili w przedwojennej stolicy jedną czwartą ludności, mieli swoje obyczaje, mówili sobie właściwą polszczyzną, a ich utrwalenie w felietonach Wiecha stanowi dziś dokument przeszłości. Nie mam tu, oczywiście, na myśli tysięcy Polaków pochodzenia żydowskiego, dawno całkowicie zasymilowanych. Że niezwykłe musiało być (i jest po dziś dzień) pisarstwo Wiecha, niech zaświadczy i to, że zarówno w latach przedwojennych, jak i w naszych już czasach, wybitni twórcy literatury polskiej pisali o nim z zachwytem. Juliusz Kaden-Bandrowski, recenzując w ,,Gazecie Polskiej" (z dn. 6.111.1938 r.) nowy wówczas zbiór felietonów Wiecha ,,Ja panu pokażę", tak rzekł: "Może zadrżą w posadach nasi znawcy greki i łaciny, gdy powiem, gdy "orzeknę", że "ten cały" Wiech to po prostu Plaut**'naszej współczesnej Warszawy. Tom Wiecha "Syrena w sztywniaku" kandydował do nagrody,,Wiadomości Literackich" na najlepszą książkę polską roku 1938. Chociaż zwyciężyli Jerzy Andrze-jewski i Maria Czapska, to przecież opinię jednego z członków jury, wybitnej poetki Marii JasnorzewskiejPawlikowskiej, warto tu przyto-^ czyć: ,,Obstaję przy Wiechu. Jest to gentelman szalenie dowcipny, nigdy jadowity, często wzruszający. Jego felietony stanowią pociechę w smutnych chwilach..." A Julian Tuwim w tworzonych podczas ") Titus Plaut - najwybitniejszykomediopisarz starożytnego Rzymu. 6 wojny na obczyźnie "Kwiatach polskich", wspominając tęsknie daleką Warszawę, o Wiechu te słowa nakreślił: Potem to ślicznie Wiech uwieczniał, z daleka więc do pana Wiecha pełen wdzięczności się uśmiecham... l cóż pan teraz uskutecznia? Również zza Atlantyku w kilka lat później pisał z wielkim podziwem o Wiechu inny znakomity skamandryta, Jan Lechoń, w swoich prowadzonych w Nowym Jorku "Dziennikach".

Tu przerwę cytowanie tych dawnych opinii i odnotuję, że w naszej epoce wysoko cenili pisarstwo Wiecha Paweł Hertz i Melchior Wańko-wicz, Stefan Kisielewski i Jan Koprowski, a jakże trafnie Ryszard Kosiński na łamach "Świata" nazwał felietony wiechowskie "dokumentem artystycznym, utrwalającym wiecznie Warszawę niczym obrazy Canaletta czy rysunki Kostrzewskiego". Oczywiście, Wiech miał także swoich - i to ostrych - krytyków. W pierwszych latach pięćdziesiątych młodzi wówczas poloniści, Jan Błoński i Zygmunt Lichniak, potępiali wprowadzenie do mowy polskiej wiechowskiej gwary z warszawskich przedmieść, a w 1959 roku na łamach "Życia Warszawy" Jacek Bocheński pisał, żeWiech "od lat systematycznie paskudzi język polski". Z kompetentną obroną Wiecha wystąpił wtedy wspomniany tu już prof. Bronisław Wieczorkie-wicz, natomiast dowcipna i cięta odpowiedź samego autora,,Znakiem tego" ukazała się w "Expressie Wieczornym". W "Szpilkach" całą stronę zajął rysunek Jerzego Zaruby, na którym Wiech trzyma w ręku esej Bocheńskiego, a stojący obok Walery Wątróbka wskazuje ten esej.palcem ze słowami: ,,Śmiej się pan z fego!" * . • ' Pora na kilka słów o niniejszym tomiku felietonów Wiecha. Wwybo-rze tym zmieścić się mogła zaledwie mała cząstka jego dorobku pisarskiego, wybór był więc niełatwy. Przeczytałem na nowo osiemnaście tomów felietonów, wydanych za życia Wiecha - sześć, które ukazały się przed wojną, i dwanaście spośród ogłoszonych już w Polsce Ludowej. Z blisko dwóch tysięcy felietonów wybierałem te, które-nie tylko w moim przekonaniu - czyta się i dzisiaj smakowicie, z uśmiechem, ale i z łezką, starałem się też, aby tematyka stu dwóch wybranych felietonów była różnorodna. W przedwojennych przeważają obrazki satyryczne, które zrodziły się z przysłuchiwania się rozprawom w sądach grodzkich, w powojennych rozmaitość jest bogatsza, tematem są tu liczne sprawy życia codziennego, a także budowa metra, ślub księcia Monaco czy przyjazd Kiepury do Warszawy... Nawet w tak szczupłym wyborze niepodobna było pominąć teatralnych felietonów Wiecha, zawartych w tomie "Ksiuty z Melpomeną", . ani nie znaleźć miejsca dla kilku choćby fragmentów "Heleny w stroju niedbałem", to jest opowieści pana Piecyka o królach polskich, poczynając od "Mietka Piastuszczaka", który ,,przygruchał sobie jedną Czeszkie, niejaką Dąbrowszczankę". Mam nadzieję, że mimo szybkiego upływu czasu niejeden z czytelników uśmiechnie się do ducha pana Wiecha, pełen dlań wdzięczności, }ak czynił to Tuwim przed 40 z górą laty. HENRYK KOROTYŃSKI BIĆ ŚWIADKÓW W małym kinie na Woli, Pradze czy Ochocie publiczność nie składa się ze znudzonych malkontentów, którzy wszystko już widzieli, których nic nie może rozruszać. Tu się żyje treścią oglądanego filmu, tu się bierze żywy udział w przeżyciach jego bohaterów. Głośne komentarze przeradzają się w dyskusję nierzadko nie pozbawioną psychologicznej głębi i znawstwa ludzkiej duszy. Obejrzyjmy wraz z nimi film pt.,,Hrabina podrzutek" czyli,,Straszna zbrodnia w sześciu pokojach z kuchnią" - krew mrożący w żyłach obraz z życia rodowitej arystokracji salonowej. Dwie serie - 12 aktów razem. Film nie jest nowy, ale zręczny scenariusz, bogata fabuła i ciekawe ujęcie fotograficzne zyskują ogólny poklask i najżywsze zainteresowanie.

- Patrz pan, panie Piecyk, co się robi, jak pragnę wolności. Hrabia na gorącem uczynku małżonkie złapał z kochankiem i nie grzeje go czem popadło, ale kartkie z adresem od niego bierze, po jaką cholerę? - Przecież było napisane - żeby wyciągnąć konsekwencję. - Co, proszę? - Świadków, czyli sekondantów mu do domu pośle. - A... i dopiero te dadzą mu wycisk, że niech ręka Boska broni. Właściwie ma rację, zamożny człowiek, po co się ma sam fatygować. Świadkom butelkie postawi i wszystko będzie załatwione po formie. - Nie znasz się pan na honorowem kodeksie karnem. Świadki same nikogo nie grzeją. Przychodzą tylko i mówi ą:-Panie szanowny, obraziłeś pan naszego kolegie i albo się pan z niem bijesz, albo jesteś •pan u nas osobnikiem nie honorowem i każden może panu szanownemu na ulicy, czyli też w restauracji, a nawet na zaproszonem obiedzie prosto w ślipie napluć i pan nie masz prawa się na niem odegrać. - Panie Piecyk, co pan mówisz, i on nie łapie kija i nie wyjeżdża na tych łachudrach z mieszkania? - Paragraf mu nie pozwala. Może się tylko ładnie ukłonić i powiedzieć: - Owszem faktycznie tak jest. Moje świadkowie zobaczą się z panamy! - A, tu cię boli! Znaczy się, że świadki będą się łoić między sobą. - Znowuż pan nic nie rozumiesz. Patrz pan, co się właśnie odstawia. Wlej pierwszej karecie jedzie hrabiazeswojąferajną, a w tej drugiej kochanek ze swojemy znowuż poniteramy. - A ten lebiega z bródką i sakwojażem, kto to będzie taki? Portier z pałacu, wałówkie dla wszystkich wiezie? - A idźże pan, to jest doktor z lekarstwamy. - Znakiem tego krew się poleje. - To jeszcze dobrze, bo i trup być może albo kalectwo na całe życie. - Co pan mówisz, to nie dosyć, że ten kochanek hrabiemu żonę wypotrzebował, jeszcze życia go pozbawić może albo kaleką uczynić, żeby na stare lata po prośbie z harmonią chodził. To niemożliwość. - Zaraz się pan przekonasz. O, właśnie świadkowie wręczają hrabiemu broń. - Te dwóch? - Owszem. - A dlaczego w rury się poubierali, na wesele za drużbów prosto stąd jedą? - Paragraf taki! Świadek musi być przy cylindrze i w rękawiczkach. - l patrz pan, jakiego gnata mu dają. To nagan na dwadzieścia osób, jak pragnę zdrowia. Marne tego kochanka widoki. - To jeszcze nie wiadomo. On ma takiego samego. - Swojem porządkiem hrabia ma cykorie jak cholera, w górę się patrzy, jakby chciał prysnąć na drzewo. - Daj pan spokój, o tem wcale nie myśli. Hrabinie sobie przypomina. \ - Tak, możliwe, i mówi chłopina do siebie: Ach ty cholero, za wieczne ondulacje szarpana, przez ciebie mam tu teraz takiego mojra i życie pod kulamy narażam. Ale poczekaj, jak szczęśliwie przyjede do domu, to ja cię wykształcę... A co te świadki mówią do niego? - Buntują go, żeby się pogodzić nie chciał. Strzelaj hrabia mu prosto w czoło, mówią, my go drania znamy, on hrabiemu jutro to "* samo uskuteczni, chociaż dzisiaj przeprosi. - Widzisz pan, jakie kozaki. Chcę, żeby insi się bili, a oni same zza drzew będą

kapować. Bywszy na miejscu tego hrabiego, jak bym wziął tego gnata za lufę, jak bym się odwinął, jak bym przejechał po zębach jednemu i drugiemu świadkowi, to by się jem napuszczania człowieka na człowieka odechciało. Doktorowi sakwojaż bym odebrał, wypapro-szył z narzędzi, kopniaka w bródkie i szoruj do domu. Przecież to bez tych drani wszystko. Jak to, jeżeli o wiele moja żona zdradę małżeńskie uskuteczniła, to ja mam się zrywać dlatego o czwartej rano, bez czapki w lesie pod gołem niebem stoić, a kto wie, czy nie być uszkodzonem z palnej broni. Dlaczego? Żeby się dwom łachudrom w celindrach podobać? Żeby doktor dwadzieścia złotych zarobił? Niech ja skonam! Niech ja skonam, tak bym te sprawę załatwił. - Panie starszy, przymknij no się pan trochę, za głośno się pan wyszczególniasz. Każdy chce trochę porozmawiać, a pan pyskujesz, że do słowa z narzeczoną dojść nie mogie - przerwał ktoś przemówienie przeciwnikowi pojedynków. A szkoda, byłoby bardzo ciekawe usłyszeć ciąg dalszy, zwłaszcza, że cnota zwyciężyła, mąż ciężko zranił kochanka, pogodził się z żoną i wyjechał w podróż do krajów podzwrotnikowych. Przy wyjściu raz jeszcze spotykamy pana Piecyka i jego towarzysza, który mówi: - A ja panu szanownemu raz jeszcze zaznaczam: świadków grzać, 'to nie będzie pojedynków!y POMNIKI WARSZAWY Pan Stanisław Stępień, stolarz meblowy, kocha swoje miasto stołeczne bardzo. Z dumą pokazuje je obcokrajowcom z Radomia czy Kalisza, jeśli zetknie się z nimi na pomoście tramwaju. Tak też było pewnego jesiennego ranka. Pan Stanisław jechał sobie 18-tką z Pragi do domu na ulicę Puławską, kiedy rozpoczął z nim rozmowę jakiś pan o wyglądzie zdecydowanie prowincjonalnym: - A co to, panie, takiego? - zapytał nieznajomy na widok kolumny Zygmunta. - Ten słup i figura z majchrem w ręce na wierzchu, to nieboszczyk król Zygmont. Morowy był chłop, chojrak, jakich mało. Jak wojna była, grzał się z kiem popadło i wszystkich na obie łopatki rozkładał. A znowuż w spokoju to ten most, cośmy go przejechali, zbudował, wiadomo, że nie sam, remiechy robili, kowale, a także samo ślusarze, ale król forsę dał i roboty doglądał. Most był dobry ładne parę lat, aż go wziął pod opiekie magistrat i cały się rozłazi, że strach jechać. - A ten facet w pereł i nie z ręko na portfelu, kto to będzie? - Drukarz jeden. Mickiewicz się nazywał, na imię miał Tadeusz. Ładne książki drukował i niedrogie. Potem żydowskie wojsko chciał robić, ale nie mógł się z temy beduinamy dogadać, każden chciał w kancelarii albo prowianturze służyć, aż ze zmartwienia umarł. Ten drugi na lewo, to Kupernik, z koszykiem w ręcach. Właściwie nie wiadomo, co to jest. Jedne mówią, że to koszyk, drugie, że arbuz, w każdem bądź razie coś trzyma i jak pan widzisz, siedzi. Co to za jeden był, z jakiego fachu, tego nikt w całej Warszawie nie wie. Podobnież w gwiazdy, jak ciepła noc była, patrzeć lubił. To dobre na ksiutach w Młocinach na trawie się położyć i w górę kapować, ale z tego nikt nie wyżyje. Toteż ja nie wierzę, żeby mu rząd za to forsę płacił. Jakoś to musiało być inaczej... Jak pan chcesz, możemy się spotkać n po południu, to pokażę panu jeszcze króla Sobieskiego, co to zTurka drania pod Wiedniem jajecznicę zrobił i... Pan Stanisław nie dokończył swej historycznej opowieści, gdyż spostrzegł, że jego wdzięczny słuchacz wyskoczył przed chwilą z tramwaju i ucieka uiicą

Świętokrzyską. Coś tknęło p. Stępnia. Sięgnął do kieszeni i z przerażeniem skonstatował brak woreczka z 38 złotemi. Puścił się w pogoń i na rogu Jasnej nieuczciwego prowincjonała przychwycił. Okazał się nim p. Wiktor Kołacz, który miasto znał nie mniej dobrze od swego cicerone, gdyż tu się urodził, tu wychował, tu odsiedział 6 wyroków za doliniarstwo. Pan Stanisław najbardziej był rozżalony, że się na próżno ,,napy-skował" i że takiwzęby kopany oprycha,, na dziedzica z prowincji" go nabrał. Toteż z całą satysfakcją wysłuchał wyroku sądu grodzkiego, skazującego p. Kołacza na 3 miesiące aresztu. PARASOL W ŚMIETANIE Pan Motel Parasol jest wzorowym gospodarzem. Sam osobiście co piątek udaje się za Żelazną Bramę, kupuje garnek śmietany i uzupełnia w ten sposób zapasy swej spiżarni, umieszczonej w korytarzu obok mieszkania. Tego rodzaju postępowanie teoretycznie chroni pana Parasola przed wyzyskiem sklepików i koszykowym panny Marcysi Piekutkówny, zarządzającej u niego departamentem kuchennym. Okazało się jednak, że nie każda teoria wytrzymuje próbę życia. O zapobiegliwości p. Motla dowiedział się jakiś specjalista od ,,robót spiżarnianych" i pewnego niedzielnego wieczoru, otworzywszy wytrychem skrytkę w korytarzu, zabrał stamtąd garnek ze śmietaną. Tak się niefortunnie złożyło, że na zakręcie między 3 a 2 piętrem specjalista spotkał pana Parasola, któ,ry, poznawszy swój garnek, zawołał do żony: - Reguchna, co widzę ja? To nasza śmietana jest! Usłyszawszy to, włamywacz potroił krok i wkrótce znalazł się na ulicy. Za nim cwałował p. Parasol, wołając rozdzierającym głosem: - Trzymaj śmietanę! Sytuacja złodzieja była wręcz tragiczna. Rozhuśtany płyn zalepił mu twarz i oczy i bryzgał wesoło w górę, co wpływało bardzo na osłabienie tempa biegu. Nic więc dziwnego, że p. Parasol wkrótce zrównał się z przestępcą, który po chwili namysłu wręczył mu garnek ze śmietaną i uciekał dalej. Zacietrzewiony p. Parasol, zamiast przystanąć, biegł dalej, ochlapując śmietaną przechodnia p. Nuchyma Krakowiaka, który przyłączył się do pogoni. Wskutek tego między ścigającymi panami zawiązała się następująca rozmowa: - Co pan się chlapasz, co? - Co znaczy się chlapam, złodzieja muszę ganiać. - To rzuć pan garnka. - Nie mogie, się rozbije. - To stój pan! - Nie chce, to mój złodziej jest. - Uprzedzam się z panem, że jak pan jeszcze raz chlapniesz mnie na rymanarkie ze śmietaną, pójdę pana dać w pysk. - Kogo pan dasz w pysk? - Panu. - Mi? - Ci, cholera jedna! - zawołał pan Krakowiak, na którego bryznął właśnie nowy strumień śmietany. W chwilę potem obaj goniący poczęli się okładać garnkiem, z którego zostały tylko skorupy.

Nadbiegł posterunkowy Michalak i rozbroił walczących. Złodziej uciekł... Resztę śmietany zjadł jakiś starozakonny. Sprawa oparła się o sąd, przed który p. Krakowiak pociągnął p. Parasola, żądając odszkodowania za uszkodzony garnitur i domagając się kary za pobicie. Sędzia grodzki, rozważywszy jednak całokształt zajścia, sprawę umorzył ku zadowoleniu obecnej na rozprawie p. Marcysi Piekutek, która wychodząc rzekła do swego chlebodawcy: - No, widzi pan, chytremu zawsze tak wychodzi. Żałował pan te parę groszy na koszykowe dla mnie i co? Śmietanę ktoś zeżarł, po mordzie pan dostał i o mały figiel byliby pana w kozie zamkii! Trudno odmówić pannie Marcysi pewnej racji. ONDULOWANA WŁADZA - Krewa z naszem bratem, panie szanowny. Mało było konnej, rowerowej i wodnej gliny, jeszcze teraz damską wynaleźli i jak tu wyżyć z pracy rąk? - Glina w gorsecie z fiszbinamy i w wiecznej ondolacji nic ważnego! - Nie mów pan takich rzeczy, w gorsecie nie w gorsecie jeszcze prędzej za mordę pana szanownego weźmie i do młyna zataszczy. - Jakiem prawem? - Takiem prawem, że jako człowiek z wyższem wykształceniem salonowem nie będziesz pan chciał za żłoba z prowincji się pokazać i sam pan pójdziesz dobrowolnie jak baranek, gdzie pana kobieta zaprosi. - Jeżeli o wiele dobrowolnie to faktycznie. Ale na siłę nic nie zrobi. Zawsze mężczyzna kobiecie pryśnie, jak chce. Co spodnie i wygodny kamasz, to nie pantofelek na francuskiem obcasie i wąska spódnica. - Tyżpan nie masz racji. Damska policja jest szemrana i spódniczki ma zapinane na guziki od góry do dołu. W razie jeżeli dany osobnik robi chodu, panna glinszczanka rozpina spódniczkie i gania za niem jak maszyna. - Owszem, sukienka zapinana na guziki poręczna jest co pod względem wsiadania do tramwaju i wolnej miłości naświeżem powietrzu, ale dla policji się nie nadaje. - W jaki sposób? - W taki sposób, że policjant, któremu na służbie łososiowy desus spod kapoty się miga, swojej powagi mieć nie będzie. - Przede wszystkiem mondurowa galanteria wewnętrzna damskiej policji musi posiadać kolor granatowy z niebieską wypustką, to jest raz, a po drugie, jeżeli nawet nie, to nie wiem, czy znalazłby się ktoś, co by chciał na humorystyczne drakie się narazić, żeby go rozpięty od dołu władzuchna po ulicy ganiał. Ze wstydu byś się pan przed znajomemi spalił, no nie? - Poniekąd tak jest. - No, widzisz pan, znakiem tego nie wyrażaj się pan o damskiej policji, bo niewiadome jeszcze, ile wyroków przez nią pan odsiedzisz. - A swojem porządkiem jest sposób na żeńskie władze. - Któren? Powiedz pan. - Myszą. - To znaczy detalicznie jak? - Żywe mysze władzy na pończochy wypuścić, krzyku narobi jak wielkie nieszczęście, po stołach i krzesłach będzie skakać, a my sobie temczasem spokojnie chodu. - Chyba że w ten deseń. Dialog powyższy toczył się dziś rano w sądzie grodzkim przy ul. Długiej między dwoma panami w aresztanckich garniturach, skracającymi sobie oczekiwanie na

sprawę czytaniem gazety ze szczegółowym opisem uroczystej inauguracji brygady mundurowej policji kobiecej. Rozmawialiby może dalej, gdyby uwagi ich nie zajął rozpoczęty właśnie proces pani Rozalii Koralik, teściowej, oskarżonej o pobicie zięcia, pana Euzebiusza Kwaśniewskiego, za pomocą klatki z żywą wiewiórką. Jak wynikało z przewodu, nieszczęsny zięć, zaatakowany portretem w mahoniowych ramach, usiłował postraszyć teściową wiewiórką, ale odebrano mu ją i zadano osiem ran cięto-tłuczonych. Teściowa dostała tydzień aresztu. A entuzjasta policji kobiecej spojrzał na swego towarzysza i rzekł: - No, widzisz pan, a mówiłeś pan, że kobieta myszy się boi. - Taka stara makolągiew samej cholery się nie zlęknie, ale w żeńskiej władzy takie wydry nie służą, tylko kobietki palce lizać, z serco-wem uczuciem. A WYSOKA EKSMISJO! Im bardziej poznaję ludzi, tym więcej kocham psy, a zwłaszcza cwajnosy powiedział sobie p. Antoni Moczulski, otrzymawszy potężny ,,okład" od swych sąsiadów, braci Walendów. To rzekłszy, nabył na Kercelaku wspaniałego buldoga i przyprowadził do domu, pewny, że bracia Walendowie nie zaryzykują już drugiego najścia. Istotnie buldog, siedzący na słomiance przed drzwiami p. Moczul-skiego, budził ogólny szacunek i zaczepni bracia poniechali dalszego prześladowania pana Antoniego. Niestety jednak, obecność wiernego zwierzęcia nie tylko broniła nietykalności jego pana, ale tamowała wszelki ruch na klatce schodowej. Lokatorzy wyższych pięter, przeważnie poważni handlowcy, nie wychodzili na ulicę, nie upewniwszy się uprzednio, czy ,,un, ten pies, jest w mieszkaniu". Tak się złożyło, że sąsiadem p. Moczulskiego drzwi w drzwi był sam właściciel domu, p. Mordka Szwarcman. Jako człowiek zamożny, p. Szwarcman był bardzo przywiązany do życia i nie znosił żadnego gwałtu fizycznego, toteż jemu wierny pies lokatora najwięcej dawał się we znaki. Nieszczęśliwy gospodarz, sprawdziwszy przez dziurkę od klucza, że buldog jest nieobecny, wyskakiwał jak marionetka ze swych drzwi, w kilku susach przebywał schody i odzyskiwał przytomność dopiero na ulicy. Rzecz jasna, że tego rodzaju wzruszenia, przeżywane cztery razy dziennie, mogły poważnie podkopać zdrowie. Toteż p. Szwarcman z początku osobiście, a później za pomocą pisma rejentalnego, wezwał p. Moczulskiego do usunięcia psa z domu. Ale ponieważ apele te pozostawały bez skutku, zwrócił się wreszcie do sądu o uwolnienie go od uciążliwego lokatora. Na rozprawie p. Szwarcman wielkim głosem domagał się usunięcia niebezpiecznej przeszkody z sieni. - Trzy miesiące, jak ten pies idzie leżyć na słomiance, ja zupełnie nie żyję. l nie wiem, czy ten dom jest mój, czy temu psa. On się rozbija po sieni jak sam gospodarz, a ja przy niego jestem po prostu, można powiedzieć, mały kotek. Ja wyglądam przez dziurkie, ja skakam jak wariat po schodach, ja się cieszę, że on akurat ji i że ma apetytu. Ale z powodu ja też chcę trochę żyć, proszę bardzo, żeby on się wyprowadził. - Wysoka Eksmisjo! - zaczął swoje przemówienie p. Moczulski -konstytucja jest od tego, żeby każden jeden obywatel miał prawo trzymać w domu takie stworzenie, jakie lubi. Jeden chowa złote rybki, drugi ma życzenie, żeby cholera wiewiórka

cały dzień mu w klatce skikała. Inszy znowuż zadowolniony jest, kiedy kanarek drze się jak powietrze. Ja obóstwiam psy. Piesek mój to łagodniak jest jakich mało. Mordę ma faktycznie wredne, ale serce dobre i taką smykałkie, że uszkodzić może tylko drania, co się do moich drzwi podsuwa. Pana gospodarza szanuje i nigdy nie zaczepi, a że czasem jakiego staroza-konnego postraszy i trochę po schodach przegoni, to tylko z nudów i przez samopoczucie humoru. Sąd wysłuchawszy tego wywodu orzekł, że ponieważ tego rodzaju żarty nie znajdują uznania wśród współlokatorów, p. Moczulski winien się zobowiązać, że będzie trzymał psa w mieszkaniu. W przeciwnym razie zostanie wraz z nim wyeksmitowany. P. Moczulski ze łzą w oku zobowiązanie podpisał, obiecując poskarżyć się Towarzystwu Opieki nad Zwierzętami. e GROŹNY FANT Najgorszemu wrogowi nie należy życzyć takiego interesu, jaki zrobił znany dyskonter prywatny, pan Salomon Kapelan, licytując swego długoletniego dłużnika, b. ziemianina, p. W.R., zamieszkałego przy ul. Marszałkowskiej. No bo proszę pomyśleć, gdy licytanci, wyłącznie starozakonni, byli już obecni w ciasnym pokoju, okazało się, że pierwszym przedmiotem, podlegającym sprzedaży, jest dubeltówka. Gdy komornik zawołał: - Dubeltówka firmy National Liege, w dobrym stanie, złotych 75 po raz pierwszy, kto daje więcej? - najbliżej stołu stojący kupcy drgnęli i cofnęli się z szacunkiem o dwa kroki. - Może panowie zechcą obejrzeć, proszę. -Tu egzekutor wziął do ręki śmiercionośne narzędzie. - Panie komisarzu, zostaw pan takich żartów! Może być nieszczęście! - Broń nie jest nabita! - Kto może wiedzieć?! Ja pana proszę, trzymaj pan wintowkie wyżej! - Co znaczy wyżej? Trzymaj pan niżej! Troszkie na lewo! - krzyczeli licytanci, zależnie od wzrostu i zajmowanych miejsc. A w końcu oświadczyli, że nie przyszli tu się bać, tylko kupować, i jeśli dubeltówka nie zostanie wyniesiona do drugiego pokoju, odstąpią od licytacji. Uratował sytuację pan Zaicman dzięki swojej wypróbowanej odwadze znany pod przezwiskiem,,Zaicman chojrak". Bohaterski człowiek kupił flintę i obiecał przysłać po nią dozorcę domu. Przystąpiono do dalszego ciągu. - Proszę sprowadzić następny przedmiot! - Rasowy doberman, złotych pięćdziesiąt! - Co jest doberman? Czy broń Boże nie rewolwer? - Chciałembym, żeby to był rewolwer, to jest pies! - Co pan mnie nie mówisz? Żywy pies? Ja odchodzę. Ale było już za późno, ,,następny przedmiot" wpadł do pokoju ze straszliwym szczekaniem, rwał się na smyczy, wpadał w podskokach na licytantów, którzy, nie czekając, co będzie dalej, ruszyli po schodach na dół, koziołkując i przewracając się wzajemnie. Niektórzy z nich zatrzymali się dopiero w Saskim Ogrodzie. Chcąc za wszelką cenę dokończyć licytacji, p. Kapelan został, kupił dobermana i wraz z dwoma synami postanowił przewieźć go na Wołówkę i tam niezwłocznie sprzedać. Ale jak go przewieźć? Przyjęto następujący plan strategiczny. Przodem miał postępować starszy Kapelan trzymając w ręku kawałek prawdziwej otwockiej

kiełbasy z czosnkiem. Za nim, dzierżąc dobermana na smyczy, zgodził się iść nieszczęsny dłużnik. W tym porządku pochód posuwał się do wynajętej taksówki. Według umowy, gdy zły pies znajdzie się wewnątrz taksówki, p. Kapelan rzuca kiełbasę i wyskakuje, synowie zatrzaskują drzwi i wehikuł rusza na Wotówkę. Plan był dobry, ale widocznie wykonanie szwankowało, gdyż w pewnej chwili p. Salomon znalazł się w zamkniętej taksówce sam na sam z dobermanem. Co się tam działo, dokładnie nie wiadomo. Szofer słyszał tylko jakieś warczenie i kotłowaninę, po której nastąpił brzęk wybijanych szyb i krzyki rozpaczy. Po zatrzymaniu samochodu na jedną stronę wyskoczył blady Jak świeca" p. Kapelan, na drugą doberman, aportując w zębach fragmenty jego spodni. Kupiec przeleżał tydzień na oddziale dla nerwowo wyczerpanych w szpitalu na Czystem, po czym, pozwany przez szofera, musiał stawić się w sądzie grodzkim. Zapłacił grubszy grosz za wybite szyby. ROZMOWA Z ZEGAREM Nie wszyscy wiedzą, dlaczego zmieniono numer sympatycznej "Zega-rynki" telefonicznej, informującej stolicę, tak chętnie i tak niewyraźnie, o stanie czasu. Prawdopodobnie na wieki pozostałoby to tajemnicą dyrekcji ,,PASTY", gdyby nie przypadek, który pozwolił nam odkryć właściwą przyczynę tej reformy. Ale zacznijmy od początku. Pan Teof ii Ciuchna, człowiek zasłużony na polu masowej konsumpcji wyrobów monopolowych, zasiedział się pewnego razu ze swym przyjacielem, p. Feliksem Ziorkiem, w jednym z popularnych barów. Ponieważ p. Teofil przyrzekł żonie, iż stawi się w domu punktualnie o godzinie 11 wieczorem, natychmiast po ukończeniu czwartej butelki, wzorowy mąż, sięgnął po zegarek, zadrżał i rzekł do przyjaciela: - Feluś... czy mnie oko nie myli... bo zdaje się, że jest... trzecia... w nocy. - To niemożliwe, Teoś, twój zegarek wyraźnie nawala... - Feluchna, nie obrażaj zegarka... To najdroższa moja pamiątka, od żony, klejnot rodzinnny... Ale jeżeli już nie masz względów dla moich uczuć familijnych, to szanuj przynajmniej... wynalazek... czyli tak zwany cud techniki dwudziestego wieku... - A ja chromolę taką technikę. - A dlaczego? - A dlatego, że źle chodzi... W ogóle zegarek to ananachronizm. - Feluś, nie wyrażaj się... o naukowej zdobyczy. - To guzik nie zdobycz. O, proszę cię, tu wisi... prawdziwy cud techniki... z kółkiem... Nakręcasz, bracie, numer i automat cię informuje, która jest godzina, co do minuty... bez grandy... - Co ty mówisz... Ano to spróbujmy... a który numer trzeba nakręcić? - Pięćset pięćdziesiąt trzy i dwa... zera... - Ano dobra. Pan Teofil wstał, podszedł chwiejnym krokiem do telefonu i, długo celując do każdej dziurki, wykręcił wreszcie wskazany numer. Słuchał chwilę, a w końcu rzekł do przyjaciela: - Feluś... wynalazek mówi ,,hallo". - Nie ma prawa, to jest automat, płyta gramofonowa, tylko podaje godzinę, nic więcej, rozumiesz! - Ja rozumiem, ale on mówi ,,hallo". - Tak? Widocznie ulepszyli... No to się spytaj, która godzina. - Feluś, automat mówi, żebym się odczepił.

- To niemożliwe, nie zrozumiałeś, spytaj się jeszcze raz. - Która godzina? Co? Słuchaj, zdaje się, że płyta mnie sztorcuje. - No to się nie daj. - Wynalazek, cicho! Co jest do cholery, zdobycz naukowa z pyskiem do abonenta? Cud techniki na mamusie interesantowi wjeżdża?! Wynalazek, zamknąć mordę, bo jak sztuknę w tubkie, to wskazówki pogubisz-krzyknął p. Teof ii i rzucił słuchawkę na widełki. - Teoś, co on ci mówił? - zagadnął p. Feliks. - Mówił, żebym złamał rękę i nogę... i po nocy go nie budził... w ogóle kłócił się ze mną ząb za ząb. - No, no... a to ulepszyli! Żeby się płyta sprzeczała z żyjącym człowiekiem, tego jeszcze nie było. Ale w każdym razie musimy się dowiedzieć, która godzina. Dzwoń jeszcze raz. Pan Teofil zadzwonił raz jeszcze, a usłyszawszy jakiś niepochlebny epitet, sklął automat od ostatnich i poszedł z przyjacielem do domu. Jakież było jego zdziwienie, gdy po kilku tygodniach otrzymał wezwanie do sądu grodzkiego, w charakterze oskarżonego o obrazę jakiegoś p. Eugeniusza Kupczyka. Okazało się, że p. Teofil fałszywie sią łączył i zamiast do zegara dzwonił do p. Kupczyka, którego dwukrotnie zerwał z łóżka i w dodatku bardzo obraził. P. Kupczyk, dowiedziawszy się, spod którego numeru do niego dzwoniono, przeprowadził śledztwo w barze i dotarł do p. Teofila. W sądzie p. Ciuchna oświadczył, iż z powodu zdenerwowania palec mu się obsuwał po krążku, co powodowało omyłkę o kilka numerów. Teraz uznaje swój błąd i prosi o przebaczenie, zresztą nieprzyjemne słowa dotyczyły tylko automatu, nie zaś p. Kupczyka. P. Kupczyk zgodził się na to wyjaśnienie i sprawa została umorzona. Dodać należy, że nie tylko p. K. był zbudzony po nocy w sprawie godziny. Oto dlaczego numer "Zegarynki" uproszczono na ,,05". NASTĘPCA KUSEGO Pan Konstanty ChudeK, lakiernik, jest z zamiłowania sportowcem i marzy o zastąpieniu Kusocińskiego na bieżni. Dowiedziawszy się, że może go ubiec w tym nowoodkryty talent, długodystansowy Noji, pan Chudek zmartwił się bardzo i powiedział sobie: ,,Jak to, stolarz akordowy ma dać w kuchnię galanteryjnemu lakiernikowi? Nigdy do tego nie dopuszczę. Dla całego naszego cechu byłaby to choleryczna hańba! Trzeba zacząć trening!" Ponieważ podczas dnia p. Chudek nie rozporządzał ani czasem, ani odpowiednim terenem, postanowił prowadzić zaprawę nocami na podwórku domu, w którym mieszkał. Sporządził sobie odpowiedni strój sportowy, obcinając połowę nogawek od ciepłych trykotów. Górną część ciała ozdobił sztuczkową kamizelką. Kostium był świetny, dawał bowiem dużą swobodę ruchów i nie pociągał prawie żadnych kosztów. A jednak on to stał się przyczyną klęski p.Chudka, i to nie podczas walki, w oczach dziesiątków tysięcy rozentuzjazmowanych widzów, ale już w czasie pierwszych treningów. Pewnej nocy, gdy szybkobiegacz po raz siódmy okrążał śmietnik na podwórzu, wybiegł ze swego mieszkania inny lokator tego domu, p. Karol Szypulski, i tapicerskim młotkiem zadał sportowcowi kilka trwałych obrażeń, opisanych następnie przez urzędowego lekarza. Wkrótce dokument ten znalazł się na stole sędziowskim w sądzie grodzkim, tworząc w towarzystwie innych urzędowych papierów akta sprawy ,,Chudek contra Szypulski". Zainterpelowany przez sędziego, p.Szypulski w sposób następujący usiłował

usprawiedliwić swoje postępowanie: - Nie miałem innej rady, proszę Najwyższego Sądu. Muszę zaznaczyć, że jestem człowiekiem nerwowem, a łóżko mam poniekąd przy oknie. Znakiem tego, ile razy pan Chudek koło moich okien przeleciał, blask szedł do pokoju od jego białych jegerów i, ma się rozumieć, faktycznie mnie budził. Zwróciłem panu Chudkowi delikatnom uwa-gie raz i drugi: ,,Nie lataj mnie pan w gaciach pod oknamy, bo mnie pan sen z oczów płoszysz. A ten nic, tylko gania dalej. Czy Najwyższy Sąd byłby w taki sposób lepszy?" - Więc przyznaje się pan, że uderzył poszkodowanego kilkakrotnie jakimś twardym przedmiotem, przecinając mu śluzówkę na przestrzeni półtora centymetra? - Przepraszam Wysoki Sąd - przerywa sędziemu pobity sportowiec. - Uderzyć mnie, owszem, uderzył, ale nie w żadne ślazówkie, tylko w mordę. - A czy pan tak spokojnie znosił te uderzenia? Całkiem spokojnie? On pana bił, a pan się zachowywał jak baranek? - zapytuje z kolei pana Chudka obrońca oskarżonego, adwokat G. - Proszę Sądu Wysokiego, skoro jeżeli pan mecenas będzie mnie ubliżał i sobaczył od baranków, zmuszony będę odroczyć sprawę. Ja dla pana szanownego nie żaden baranek i nie zaczynaj pan ze mną, żebym panu nie powiedział, kto pan jesteś. Nie wiadomo jak by się ten niemiły incydent skończył, gdyby nie interwencja sędziego, który, uznawszy przewód za skończony, ogłosił wyrok skazujący pogromcę sportowego asa na jeden tydzień aresztu. Pan Chudek obiecał trenować w smokingowych spodniach. LEDA Z ŁABĘDZIEM Pan Hipolit Rączko jest właścicielem salonu sztuki, rozumie się wędrownego. Pod ścianami domów ustawia on szeregiem tzw. ,,lan-szafty", czyli oleodruki różnej treści, oprawne w suto złocone ramy. ,,Lanszafty" te tworzą jak gdyby ruchomą wystawę dzieł sztuki, trwającą w danym miejscu aż do zjawienia się policjanta. W razie interwencji nieczułego na prawdziwe piękno przedstawiciela władzy, wystawa przenosi się o kilka przecznic dalej. W dniu 2 października r.ub., na rogu ul. Wileńskiej i Konopackiej, pan Rączko, łypiąc okiem na boki, w taki mniej więcej sposób zachęcał przechodniów do kupna wystawionych obrazów. - To jest ,,Roneo i Julia". Jedne bogate państwo mieli córkie ślicznom jak marzenie. Wiadomo, że za byle łachudrę wydać nie chcieli, ale głupia dziewczyna zakochała się w jednem łatku, muzykant to, zdaje się, był. Stary Julci nie chciał słyszeć o romansach i wystawaniu po bramach. Ale kto młodziaków upilnuje. Po nocy łaził do niej bez balkony. Co państwo widzą na tem lanszafcie. Ten drugi widoczek jest z tej samej serii. Widzą tu szanowne koncmany Julcie w tromnie w dolnem kościele przed samem wyprowadzeniem, bo struła się biedaczka esencjom octowom z miłości. Ten ów Roneo łaził po cmentarzu tam i nazad, aż się frajer zaziębił i umarł na grypę. Drugi lanszaft na lewo jest pod tytułem: ,,Loda z łabędziem". To obraz dla dzieci niedozwolony! Chłopaki wont! Jeden kanciarz zakochał się w pannie, co bardzo lubiła drób, a już co łabędzie, to można po prostu powiedzieć szalenie. Cwaniak ten, jak szedł do niej, za łabędzia się przebierał i co wyprawiał, widać na lanszafcie. Tu pan Rączko mrugnął szelmowsko okiem do młodej pary, przygiądającej się obrazowi. Panienka zarumieniła się jak wiśnia, a jej towarzysz, jak się potem okazało p.Konstanty Słaby, rzekł:

- Panie artysta, żebym ja pana już nie w łabędzia, ale w bite i kopane kaczkie nie zamienił! - Przepraszam, panie szanowny, o co się rozchodzi? O tę "Lode z łabędziem"? Panienka zarumieniła się po raz drugi i szepnęła towarzyszowi: - Panie Kostuś, w szyję go! Pan Konstanty chwycił "Sąd Parysa" ze szkłem i wsadził p.Rączce na głowę. Pan Rączko nie pozostał mu dłużny i rozbił o pana Słabego "Bitwę pod Grunwaldem" oraz kilka pomniejszych zwycięstw polskiego oręża. Kres walce położył policjant. W sądzie grodzkim wyjaśniło się, że ukochana P.Konstantego nazywa się p.Loda Majewska i niepochlebną opinię mitycznej ,,Ledy" potraktowała jako przytyk do siebie. Ponieważ p.Rączko oświadczył, że o niczym nie wiedział, darowano sobie wzajem urazy i sprawa została umorzona. "MLIMLUŚ' 1€ - Jest pan oskarżony o przywłaszczenie sobie psa, stanowiącego własność Waleriana Sosińskiego. Czy przyznaje się pan do winy? -Z takim pytaniem zwrócił się sędzia grodzki do p.Berka Fajersztajna, człowieka o minie przygnębionej i jak gdyby zmęczonego ciężkim jakimś przeżyciem. - Przede wszystkiem, proszę pana, to było nie tak... - Mówi się: ,, proszę sądu". - To było całkiem inaczej, proszę pana sądu. - A mianowicie? - A mianowicie, to nie ja przywłaszczałem sobie temu psu, ale on, ten pies przywłaszczał sobie mnie, moją żonę, wszystkie moje dzieci i całe moje mieszkanie. - Jakżeż to możliwe? - Pan sędzia nie zna temu psu. On nie jest pies, to jest cały byk. Raz ja siedziałem przy kolacji, to drzwi się otwierają i wchodzi, można powiedzieć, dzikie zwierze, z oczami, z nogami i z wielką mordą. On wszedł i się patrzy. To my wszyscy pochowaliśmy się, gdzie kto zdążył. A on zjadł naszą kolację i pomimo że ja wołałem z drugiego pokoju: ,,A psik! a psik!", on się położył na moje łóżko i spał jak ten hrabia całą noc. Co go chciał kto doruszyć, to on pokazał zęby i zaczął ryczyć. To my zastawiliśmy drzwi kredensem i spaliśmy na dywanie. Ja myślałem, że on się wyśpi i na drugi dzień pójdzie. Nieprawda, on sobie zaczął żyć u mnie, jak u siebie. Ja musiałem kupować go mięso, moja żona i dzieci musieli chodzić na palcach, żeby broń Boże,,Mlimiuś" się nie zdenerwował. My go tak nazywaliśmy przez delikatność, bo to był wariat nie pies. Jak się go dało mało jeść, to on skakał w górę i szczekał. Przez te trzy dni, jak on mieszkał u nas, myśmy nie żyli, nie jedliśmy i nie spaliśmy też. Raz on wyszedł na ulicę, to my zamknęliśmy drzwi, żeby mu więcej nie wpuścić. To za godzinę ktoś się drapie. - Kto się drapie, kto? - się pytam, l jak pan sędzia myśli? ,,Mlimiuś" się drapał. On przyszedł z panem Sosińskim. Ten pan też się rzucił, zabrał psa i krzyczał, że mnie zrobi sprawę, za co, ja nie wiem. Poszkodowany p. Walerian Sosiński, z zawodu rzeźnik, oznajmił sądowi, że kupił na placu Kercelego psa buldoga, który po trzech dniach przepadł jak kamień w

wodzie. Dopiero wypadkiem przechodząc ulicą Pawią, p. Sosiński spotkał swego psa, który na widok właściciela począł uciekać i drapać się do mieszkania p. Fajersztajna. Rzeźnik wysnuł stąd wniosek, że p. F. przywabił sobie jego własność. Ponieważ świadkowie potwierdzili słowa p. Berka, gdyż cały dom wiedział o tym niezwykłym najściu, sąd wydał wyrok uniewinniający. Dlaczego ,,Mlimiuś", którego właściwe imię brzmiało zresztą,.Rozbój", tak sobie upodobał gościnę u pp. Fajersztajnów, pozostanie tajemnicą psiego serca. MAŁŻEŃSTWO GWIAZDY Panna Cienia Kowalska, urocza kelnerka kawiarni "Pod Zegarem", nazywana przez gości "Messalką" z racji posiadania pięknego głosu i takiegoż biustu, od kilkunastu dni chodziła jak przetrącona. Wzdychała tak potężnie, że firanki w oknach wyglądały jak żagle podczas orkanu. Właściciel patrzył na to zgorszony i mówił: - Panna Cienia, co jest, jak pragnę zdrowia? Dmuchasz pani, że galaretki z półmiska pozlatali. - To wszystko z miłości, panie gospodarzu, w hrabiem jednem się zakochałam na amen. - W każdem bądź razie możesz się panna Cienia odwracać do ściany i towaru nie niszczyć. A cóż to za jeden ten ów hrabia? - Gość. Zna go pan. Ten, co to do wieprzowego marchiewki nie lubi. - A kartofelki muszą być przysmażani, piwo z fałszem? - Ten sam. Poznał pan. - Wybredna cholera, ale na menusie znający się jest, nie można powiedzieć. - Wiadomo, hrabia... domowe wykształcenie u niego już takie. - Tylko przypuszczam, że wątpię, żeby się z panną Gienią ochaj-tnął. - A to dlaczego? U hrabiów teraz taka moda, że się z artystkami żenią. - Poniekąd czytałem w gazetach, ale nie rozumie okoliczności. Odkąd to panna Cienia do artystycznej branży się zalicza. - Jak to, nie wie pan, że goście za Messalkie mnie nazywają? - Rozumie się. Comberek u panny Gieni odpowiedzialny, pierwsza krzyżowa i polędwiczka na swojem miejscu, w ogóle kobieta przy kości! - Nie o to się rozchodzi. Tylko o głos. Śpiewam podobnież jak słowiczek. - Idźże panna Gienią do ciężkiej wątroby... słowiczek sto kilo żywej wagi. Insza rzecz zaśpiewać do kuchni: "Raz befsztyk z cybulką", a druga para kaloszy na drekorację w teatrze wskoczyć i zaiwanić pełną piersią: ,,Ty i twoja gitara To morowa jest para!" Tego byś panna Gienią nie potrafiła. - Jako człowiek nie wychowany, nie możesz pan mieć pojęcia, jak się z hrabiniami rozmawia. - Co? Coś panna powiedziała, nie wychowany?! Ach, ty przypalony, na kokosowem maśle z onegdajszych pasztecików spitraszony klopsie, wont z interesu! Hrabinia de wołaj, księżna rizoto! Jak zaznaczyliśmy wyżej, panna Gienią umiała władać swym pięknym i silnym głosem. Odpowiedź więc wypadła również efektownie. Zaszła potrzeba wezwania policji. W sądzie grodzkim p. Gienią zjawiła się wsparta na ramieniu hrabiego Konstantego Muchy. Wraz ze swym gospodarzem została skazana na 50 zł grzywny. Hrabia Mucha

obiecał uiścić za narzeczoną tę bagatelną kwotę. KOPELMAN SZALEJE Pan Icek Kopelman jest małym, drobnym, o niepozornej fizjonomji handlowcem. Z natury cichy i spokojny, nie wchodzi nikomu wdrogę. Ale jak sobie popije, budzi się w nim wielki zawadiaka. Zaczyna wówczas burdy z kim się da, rzuca się na najsilniejszych przeciwników. To jednak, co zrobił przed miesiącem, wprowadziło w zdumienie cały Muranów. "Pan wisz, co zrobił ten mały Kopelman, on poszedł dać w mordę dorożkarza, co był, możno powiedzieć, gruby jak koń - po prostu wieśniak - a potem on zbił na kwaśne mleko trzech policjantów" powtarzano wszędzie ze zgrozą i podziwem. Niektórzy nie dawali wiary, a jednak przewód w 12 Oddziale Sądu Grodzkiego potwierdził te niezwykłe wieści. Z jednej strony stanęli trzej przedstawiciele władzy, chłop w chłopa jak tury, i wspaniale zbudowany dorożkarz w charakterze pokrzywdzonych i zmaltretowanych, z drugiej zaś "ten mały Kopelman". Akt oskarżenia zarzucał Kopelmanowi, że spoliczkował dwukrotnie Walentego Ogórka, właściciela dorożki, oraz wymierzył po dwa lub trzy uderzenia każdemu z policjantów, którym dopiero wspólnemi ' siłami udało się obezwładnić go i odwieźć do komisariatu. Pełny obraz zajścia odmalował p. Walenty Ogórek w takich mniej więcej słowach: - Ano, proszę Mirowego Sądu, to było tak: Stoję sobie na stacji, na rogu Nowiniarskiej, podchodzi ten starozakonny i pyta się, czy go zawieze na Ś-to Jerskie. Myślę sobie, dlaczego nie, dla mnie każdy gość dobry, żeby tylko płacił. Ano to jedziem. Przyjechalim na miejsce, aten nie płaci, tylko jak mnie gwizdnie w szczękie z jednej strony, jak dołoży w ucho z drugiej - zdrętwiałem, proszę Najwyższego Sądu, i patrzę się naniego jak ten głupi, bo się spodziewaćnie mogłem,żeby taka ofiara mnie mogła dać knoty. Wytrzeszczam oczy, co się robi, a ten mnie znowuż w ryja. Zobaczył to pan władza, żal mu się mnie zrobiło, podchodzi w taki sposób do dorożki i pyta się, dlaczego faktycznie pasażer dorożkarza bije, aten, jak nie rypnie pana władze za przeproszeniem w mordę, jak nie poprawi w podpinkie. Pan władza zgorzał tak samo jak i ja, ale nadleciał drugi policjant,wzięlistarozakonhegowśrodekijadziemdo mamra, a on drugiego pana policjanta też takżesamo w nos, w nos i po oczach. W bramie komisariatu stojał trzeci pan władza i temu boduin jucha nie przepuścił, znieważył w oblicze coś ze trzy razy. - Czy oskarżony był pijany? - pyta sędzia. - Tego nie mogę wiedzieć. - A czy było od niego czuć alkohol? - Jako człowiek osobiście poniekąd również tronkowy u drugiego wódki nie poczuję, chyba że bardzo rano, ato było po obiedzie. Ale, po mojemu, jeżeli starozakonny rzuca się na policje, to nie jest wstawiony, tylko, proszę szanownego sądu, wariat. Sąd doszedł do tego samego wniosku, sprawę odroczył i polecił wezwać dwóch psychiatrów celem zbadania poczytalności oskarżonego. ZŁOŚLIWA WIEWIÓRKA - Czy to firma Blass i Syn? - A jeżeli nawet już tak, no to co jest? - Chciałem mówić z pana Blassa. - Z którego?

- Z tego starszego złodzieja. - Starszy wyjechał, jest tylko syn. - Podawa pan do tubki młodszego łobuza. - Już dochodzi, ale kto to mówi? - Co pana obchodzi? - Co znaczy mnie nie obchodzi. Szef, jak nie wi, kto go chce wymyślać, wcale nie słucha. - Powiedz pan, Wiewiórka mówi. - Wywiórka nie mówi, to jest coś z futrzanej branży. - Nie z futrzanej, tylko skład śledzi Es Wiewiórka, Ha Smutny. - Zaraz. - Panie szefie, Wywiórka pana żąda. - Nie znam wiewiórkę, powiedz pan, orzechów nie trzymamy, niech skaka na drzewo w Saskiem Ogrodzie-odpowiedział subiektowi p. Blass junior i zajął się układaniem protestów w szufladzie. - Ta wywiórka handluje ze śledziami i ma do pana interes. - Tak? Zobacz pan, czy nasze akcepty dla Cytryna i Rabinowicza nie żyrowała jaka wiewiórka. - Nie. - Nie rozumie. Dawaj pan słuchawkie. - No, co jest, panie Wiewiórka, o jakich śledzi się rozchodzi. - Z ciebie, psiakrew, sałatkie z cybulką zrobię, jak pan nie wykupi czek Figowera. - Uś, nabrał mnie. Pan wisz, kto mówi... Kozak! Weź pan słuchawkie i pisz pan, co będzie mówił. Z tymi słowami pan Blass młodszy odsunął się od aparatu. Subiekt słuchał uważnie i notował na bloku każde słowo. Pan Kozak rozna-miętniał się coraz bardziej. - No i co? No i co jeszcze? Już. Dziękuję pana. Do widzenia niezabawem w sądzie. - Co on mówił? - Wszystko. Od plajciarza zaczął, a na żuliworku skończył. - Czytaj pan od początku. Subiekt odczytał uważnie notatkę, a p. Blass junior zacierał ręce. Epitety świetnie nadawały się do wytoczenia sprawy sądowej. Jakoż ujrzała ona wkrótce światło dzienne. Jednak nie przewidział p. Blass, że jego wstręt do bezpośrednich rozmów telefonicznych zgotuje mu przykrą niespodziankę. A mianowicie, obrońca oskarżonego Kozaka wywodził, że nie może być w tym wypadku mowy o zniesławieniu, gdyż nie podano żadnych faktów zniesławiających poszkodowanego. Same zaś krótkie określenia, jak: złodziej, łobuz, kajdaniarz, grandziarz, ciepły drań itp. nie są zniesławieniem, tylko obrazą. Obrazić zaś można kogoś tylko osobiście, tu zaś krzywdzące określenia słyszała osoba trzecia. Sąd podzielił opinię obrony i wydał wyrok uniewinniający. STÓJ, CIPUCHNA Było to przed świętami Trąbek. Pan Aron Wajskugel, kupiec branży trykotażowej, wybrał się na Żelazną Bramę, by kupić odpowiednią na uroczyste dni gąskę. U pierwszego zaraz przekupnia, którym był, jak się potem okazało, p. Majloch Szpic, wynalazł odpowiedniego na pieczyste ptaka. - Co pan chcesz za ten kurczak? - zapytał dyplomatycznie p. Wajskugel. - Ten byk, ten haman, jak dla pana potrzebuje kosztować dwanaście złotych.

- Ale ostatnio, ile pan pójdziesz z tych dziesięciu złotych opuścić? - Co mogę z tych jedenaście złotych i pięćdziesiąt groszy opuścić -nic. Patrz pan na tę szyłę - zachwalał gęsiarz, mocując się z machającym skrzydłami ptakiem. - Na co mnie siła! Garkowienkie nie idę kupić, gęś potrzebuję na wątróbkię i szmalec. Uj, to ona jest chuda! - To ona jest chuda? Kto jest chudy? - oburzał się pan Majloch, demonstrując gęś w powietrzu. W tej chwili nastąpiło coś nieoczekiwanego. Przyszła pieczeń wyrwała się swoim wrogom i, uderzywszy potężnie skrzydłami, wzleciała nad targowiskiem, po czym opadła między straganami. - Asof! Sprzedane! Dawaj pan już te 10 złotych i łapaj pan swojej gęsi. - To pan jej łapaj, ja jeszcze nie kupowałem, teraz złamane pięć złotych nie dam - krzyczał p. Wajskugel, ale głos zamarł mu w gardle, gdyż dostrzegł, że p. Szpic wyrwał mu z ręki monetę 10-złotową, przygotowaną na kupno, i najspokojniej schował ją do kieszeni od kapoty. Z rozpaczą w duszy puścił się tedy p. Aron w pościg za oddalającą się gęsią. Zagrożony przedwczesnym zgonem ptak, szybował ponad straganami, roztrącał przekupki, przysiadał na głowach handlarzy jabłek i zrywał się do dalszego lotu. Cip! Cip! Stój, cipuchna! - krzyczał p. Wajskugel, ale to nic nie pomagało. Do pościgu przyłączyło się kilku naraz przechodniów i skutek był taki, że otoczoną ze wszystkich stron gęś ktoś po prostu buchnął. Zniknęła jak kamień w wodzie. Wówczas p. Wajskugel uznał całą transakcję za przymusową i zaskarżył gęsiarza do sądu o przywłaszczenie 10 złotych. Nie spodziewał się widocznie p. Majloch pomyślnego dla siebie wyroku, bowiem przed samą sprawą zwrócił klientowi 10 zł., dodając mu jeszcze, tytułem rekompensaty za stracone w pościgu zdrowie, sporego kurczaka. Wobec powyższego sąd grodzki sprawę umorzył. 1^ GARYCOOPERSZTEIN Posiadanie pięknej żony zawsze było rzeczą niebezpieczną, a już w obecnej dobie rozluźnienia obyczajów stało się po prostu tragedią. Doświadczył tego na sobie p. Dawid M., kupiec branży trykotażo-wej, ożeniwszy się z piękną panną Gretą Sztyftówną. Pani Greta prócz fascynującej u rody odznaczała się jeszcze f otoge-nicznością i znakomicie wykonaną platynową fryzurą, co ją skłoniło do przybrania sobie imienia, które nosi boska Garbo - ,,biały płomień Szwecji". P. Dawid zachwycał się początkowo kinowymi zamiłowaniami swej żony. Nazywał ją nawet w chwilach czułości: - Fotogienka ty moja, ja jestem twój fotogieniec. Za artystę się zgodzę, miłosnego szmondaka pójdę zagrywać, kiedy mnie każesz. Pani Greta nie ufała widocznie aktorskim zdolnościom swego małżonka, skoro w 3 miesiące po ślubie, niespodzianie wróciwszy do domu, zastał on swoją żonę w dwuznacznej pozycji z jakimś młodzieńcem o ostro przyciętych, czarnych jak smoła baczkach. Pani Greta nie speszyła się bynajmniej niespodzianym przybyciem męża, wstała ociężale z tapczanu i rzekła: - Dewi, pozwól ci przedstawię, kolega Gary Coopersztein, zwany "duży chłopiec z Palenicy". Przerwałeś nam próbę obrazu, który niedługo pójdziemy kręcić.

- Tak jest - dodał brunet - ja jestem reżisor i po te próbę widzę, że z pańskiej żony da się zrobić prima gwiazda. Taka koleżanka Dietrich to jest niewinna sziksa do wobec pańskiej żony. Uj, to ona by zagrała "Księżnę Iłłowiecką", niech się Jadźka Smosarska schowa. Winszuję się z panem, ona zrobi ze mną karierę. P. Dawida omal krew nie zalała. Opanował się jednak i powiedział zimno: - Kupersztein, ja wam co powiem, nachalnik jesteście, że moja żona nie jest niewinna pensjonarka, to ja nie od was potrzebuje się o tego dowiedzieć. A teraz proszę paszoł wont łobuz inflagrandziarz, przytulnik, idź się, cholera, przytul do policjanta na rogu, to cię da pałką w łeb, że cię cholera zdechnie. Ponieważ dzielny duży chłopiec z Palenicy nie usłuchał, mąż wprowadził w ruch hebanową laskę i posiniaczył artystę. Echem tego zajścia była sprawa w sądzie grodzkim, gdzie p. Dawid M. został skazany za pobicie p. Garego vel Ajzyka Kuperszteina na 14 dni aresztu z zawieszeniem kary. ie KRYTYlj^A LITERACKA Listy miłosne Lusia wykrada, l swemu q|cu oddaje je. Wtenczas ^uż wiedział, co to za bona l chciał z nią rozstać się. Żąda piętnaście tysięcy ona, On daje dziesięć - a ona - nie! Śpiewał pięknym tenorem, akompaniując sobie na własnej mandolinie, pan Szczepan Walisiak. Piękna pieśń o Gorgonowej robiła wstrząsające wrażenie na słuchaczach, uczestniczących wwieczorzewokalno-towarzyskim u państwa Feliksostwa Bułczyńskich na Szmulowiźnie. Płeć piękna miała łzy w oczach, komentując poszczególne zwrotki tylko co usłyszanego utworu. - l patrz pani, dziesięć tysięcy jej dawał? W tych czasach z takiemi pieniędzmy to można się ładnie urządzić. - No tak, ale co piętnaście, to nie dziesięć, moja pani. Pani byś darowała pięć tysięcy? Jak paniusię znam, tak wiem, że nie. - W każdem bądź razie pan Szczepan zaiwania te piosenkie jak rzadko. Melodie ma dobre i głos taki, że gospodarz już dwa razy stróża przysyłał, żeby przestać, bo on spać nie może. Na trzecim piętrze od frontu pana Szczepana słychać - rzekła z miłym uśmiechem właścicielka mieszkania, p. Bułczyńska. - Owszem, głos niezły, melodia takżesamo obleci, tylko piosenka co pod względem literackiem cholerę warta - zauważył z przekąsem czarno ubrany młody człowiek, p. Konstanty Zimny. - A to w jaki sposób? - obruszył się wykonawca utworu. - W taki sposób, że sknocona, na grandę skopana przez jakiegoś fuszera, któren o poetycznem fachu pojęcia nie ma. Opinia p. Zimnego zaskoczyła wszystkich i wytrąciła z równowagi, gdyż traktować ją należało jako miarodajny głos znawcy. P. Konstanty bowiem pracował w najbardziej wziętym zakładzie pogrzebowym na Pradze i redagował wspaniałe nekrologi, których sława sięgała od Kamionka po Targówek, nie licząc, rzecz prosta, Szmulo-wizny. Zaniepokojeni słuchacze, chociaż nieśmiało, zażądali jednak, by krytyk uzasadnił jakoś swój przykry zarzut. Zrobił to chętnie w sposób następujący:

- Każda jedna robota drukarska, czy to będzie klapsydra o nieboszczyku, czy powieść w czterech tomach, jak na przykład: ,,Barbara Ubryk, czyli tajemnice klasztoru hiszpańskiego", albo ,,Gizella, czyli tajemnice akuszerki", powinna być odstawiona na czysto, akuratnie i bez felerów. Ciekawy jestem, czy żałobna rodzina zapłaciłaby mnie za nekrolog, w którem bym napisał, że nieboszczyk żył lat pięćdziesiąt, kiedy on dociągnął tylko do czterdziestu, na pewno nie. A kto wie, czyby się bez mordobicia obeszło. Przypuszczam, że wątpię, l pretensji nie mógłbym mieć do nikogo, bo co racja, to racja. Takich felerów drukowane słowo nie znosi. Także samo jest z tą piosenką. Pan Wal isiak wyciągał nam tu, że oskarżona Gorgonowa żądała piętnaście tysięcy, a to lipa, czyli puc, bo każden inteligentny, oczytany człowiek wie, że chciała tylko dwanaście. Więc literatura takiej grandy nie znosi i ja, jako w tem fachu pracujący człowiek, jak najenergiczniej protestuje. Pan Walisiak był pogrzebany. Autorytet jego w oczach obecnych zmalał do zera. Panna Wiktoria, córka domu, o której rękę starali się -zarówno śpiewak, jak i literat, ostentacyjnie przesiadła się do p. Konstantego. Cóż tedy dziwnego, że rozgoryczony wirtuoz ze słowami: - Ach ty żałobną latarnią w laurowy wieniec szarpany łapiduchu, ja cię tu zaraz tak skrytykuje, że dla siebie samego klepsydry napisać nie zdążysz! - wyrżnął pana Zimnego mandoliną w ciemię. Instrument rozleciał się w kawałki, a p. Szczepan, po zastosowaniu okoliczności łagodzących, dostał tydzień aresztu. JAK KILIŃSKI USZYŁ BUTY MOSKALOM - Pani Zając kochana, słyszała pani, co to w przewodnią niedzielę ma się wyprawiać na Starówce i Krasińskiem placu? Podobnież figurę jakiegości pułkownika mają na skwerku stawiać, co na Szerokiem Dunaju mieszkał. Czy to będzie ten taki nieduży brenet, któren dzień w dzień swojego ordynarca do kochanej paniusi po włoszczyznę przysyłał? - Ale gdzie tam, moja pani, owszem, ten brenet przyjemny był facet, chociaż nieduży, ale on, po pierwsze, nie na Szerokiem, tylko na Wąskiem Dunaju mieszkał, a po drugie, na figurę jest jeszcze za młody i w żyjącem stanie się znajduje, tylko go do miasta Łodzi przenieśli na posadę. Na skwerku stawiać pułkownika owszem, stawiają, ale Kiliń-skiego. - Nie znam. - Znać go pani Kropidłowska nie możesz, bo ładne parę lat temu już nie żyje. W każdem bądź razie musiałaś pani o niem słyszeć. - Tak Bogiem a prawdą paniusi powiem, to nie. - A wstydź się pani. Na Starem Mieście tyle lat pani zamieszkuje i o pułkowniku Kilińskim z Szerokiego Dunaju spod piątego numeru pani nie słyszała. - Moja pani, czy to ja gdzie chodzę, jak ten Samson po całych dniach w domu siedzę, tyle że do pani Zając za sprawonkiem wyskoczę, to kto mnie miał o tem pułkowniku zaznaczyć? - Kiedy tak, to posłuchaj mnie pani, tylko byle komu tego, co paniusi powiem, niech pani nie powtarza, bo chociaż o nieboszczyku, ale jestem tą kobietą, że plotek robić nie lubię. - Pani Zającowa złota, u mnie sekret kamień woda. Pary z gęby nie puszcze. - No to posłuchaj pani. To było jeszcze przed wojną, za ruskiego. Kacapy się po Warszawie rozbijali i katolicki naród za psie pomiotło mieli. Ten ów Kiliński był szewcem na pasową robotę. Miał sklep na Piwnej, w warsztacie samych czeladników dziecięciu u niego siedziało. Powodzenie miał dobre, ale nic go nie

cieszyło, tylko od rana do nocy szewcka pasja go ogarniała, że mocny w Warszawie ważniaków odstawiają. A trzeba pani wiedzieć, że miał on wśród nich sporą klijenteiję i na tych się po cichu odgrywał. Jak widział, że któren kacap na matem palcu odcisk posiada, naumyślnie za wąski w tem miejscu kamasz mu robił. Gienierałguber-natorowi Paszkiewiczowi wyszykował sztyblety takie na podbiciu niskie, że kacapina ledwo nogamy pociągał. Cały dzień z Zamku mu się wyjść nie chciało, tylko przez okno patrzał, co się w Warszawie dzieje. - To kubek w kubek jak mój stary. Kijem go z mieszkania wypędzić nie można, bo sobie buty o dwa numery za krótkie na Wołówce kupił. - Tak, nie ma gorszej cholery, jak ciasny kamasz. Toteż kacapy rzewnemy łzamy na Kilińskiego płakali, ale przychodzić przychodzili, bo modne firmę wtenczas miał. Ale Kilińskiemu było tego mało i postanowił sobie, że musi ze wszystkiem ruskich z Warszawy przegonić. Z niejakiem Sierakow-skiem, jatkowem rzeźnikiem, się namówili, że szewcy razem z rzeźni-kamy w pierwsze święto Wielkanocy na kacapów się rzucą i taki jem dadzą wycisk, że te muszą z Warszawy pryskać. Tak tyż się, moja pani, stało. Jak zaczęli te warszawskie remiechy ruskich z dwóch stron zajmać, kacapy dudy w miech i dawaj Nowem Zjazdem do mostu Kierbedzia zjeżdżać, a szewcy z rzeźnikamy za niemy. Leją ich czem popadło, a te nie mogą bardzo uciekać, bo ich ciasne kamasze piją. Na jednej nodze dranie skakali, a co który do Wisły się dostał, sztyblety zdrucał i dawaj odciski moczyć. A majster Kiliński jak swoich ich zabierał i na Dań iłowi czowskie do centralnego mamra zamykał. - Tak draniom i trzeba było, po kiego cholerę do cudzego kraju się pchali. - A najwięcej odegrał się Kiliński na tem gubernatorze Paszkiewi-czu. Flejtuch to był i brudas straszny, to tyż w kryminale takie robactwo sobie zapuścił, że go żywcem wszy zjedli. Kiliński pułkownikiem się został, same wojskowe buty potem robił, czeladzi miał kapitanów, a poruczników za terminatorów trzymał. Powyższą rozmowę dwu pań, podsłuchaną mimo woli na Gołębiej ulicy, dosłownie spisałem i ku przyjemności oraz pożytkowi rodaków w druku uwieczniłem. 1S W DZIELNICY DYPLOMATYCZNEJ Posterunkowy Aniołek, trzymający straż przed bramą poselstwa Republiki Czechosłowackiej przy ul. Koszykowej, zdetonował się nieco, ujrzawszy idący środkiem jezdni pochód demonstracyjny. Dodać należy, że była godzina trzecia nad ranem, że pochód lekko się zataczał i że składał się z jednego tylko uczestnika, który jednak wznosił jakieś okrzyki z siłą kilkuset zdecydowanych na wszystko demonstrantów. Pochód, zbliżywszy się pod poselstwo, przystanął, drgnął po dwa-kroć w silnym ataku czkawki, po czym, patrząc w okna na pierwszym piętrze, krzyknął przeciągle: - Oddaj Abisynię, makaronem karmiony! Dzielny policjant, usłyszawszy to hasło, zdziwił się jeszcze bardziej, podszedł do pochodu i zawołał władczo: - Rozejdź się pan! - Nie mogie. - Dlaczego? - Bo nie mam życzenia i w ogóle odwal się pan od politycznej manifestacji, bo... mogie pana skrzywdzić moralnie glinianem słowem... Oddaj Addis-Abebę w czarną

koszulę maglowany! - to ostatnie zdanie było znowu skierowane w stronę okien pierwszego piętra. Posterunkowy Aniołek, chcąc jak najszybciej przywrócić spokój w dyplomatycznej dzielnicy, postanowił nie używać chwilowo represji, a raczej wpłynąć kojąco na wzburzone namiętności pochodu drogą perswazji: - Zwracam uwagie nieznanego osobnika, że te okrzyki są tu nie na miejscu. Co ma piernik do wiatraka, a czeska Praga do Abisynii? W tym momencie z pobliskiej przecznicy wyłonił się jakiś nieduży, okrągły blondyn w krótkim saku i kapeluszu a la Chevalier, nasuniętym mocno na oczy. Blondyn posłuchał chwilę dyskusji, po czym rzekł do demonstranta: - Faktycznie, pan władza ma rację. Pomyliłeś się pan wadresie. To nie tu! - A skoro jeżeli tak, to bardzo przepraszam i moje uszanowanie. Tu pochód skłonił się oknom na pierwszym piętrze i poprosił posterunkowego o szczegółowy adres właściwej placówki dyplomatycznej. Otrzymawszy odpowiedź odmowną, zrobił kilka zgryźliwych uwag na temat dziwnego traktowania publiczności przez organy bezpieczeństwa, do obowiązku których należy w pierwszym rzędzie udzielanie potrzebnych informacji. Widząc, że zanosi się na wycieczki osobiste, pan w kapeluszu nasuniętym na oczy ujął demonstrację polityczną pod rękę i rzekł uspokajająco: - Nie martw się pan nic. Ja pana szanownego zaprowadzę, a nawet, kto wie, czy nie pomogę krzyczeć, bo dobrze jest rano potrenować sobie trochę głos. l w podwójnej niespodziewanie liczbie pochód ruszył na miasto, demonstrując po drodze przed wszystkimi spotykanymi poselstwami. Najwspanialej i najserdeczniej wypadła manifestacja przed poselstwem węgierskim, gdzie wzniesiono niezliczoną ilość okrzyków na cześć Stefana Batorego oraz linii ,,Gdynia-Ameryka". Niestety w połowie przemówienia, wygłoszonego następnie przez niedużego blondyna, nadszedł patrol policyjny. Manifestanci, jak się okazało pp. Stefan Kwiczoł i Euzebiusz Kalinowski, zostali skazani na 2 dni aresztu. FRAK BOGUSŁAWSKIEGO Wśród tłumów warszawian, oglądających nowo odsłonięty pomnik Wojciecha Bogusławskiego, stał niski, szczupły, skromnie, ale starannie ubrany pan z bródką w szpic. Rzucał od czasu do czasu szybkie ukradkowe spojrzenia na statuę patriarchy polskiej sceny i natychmiast błyskawicznie opuszczał wzrok ku ziemi, jak gdyby w zawstydzeniu. - No co, niczegowaty sobie pomniczek, panie szanowny? -zagadnął go nagle stojący obok jakiś korpulentny jegomość z płowym, staropolskim wąsem. Pan z bródką w szpic popatrzył przeciągle na pana z wąsem i rzekł z gryzącą ironią: - Tak pan uważa? Możebne, ale po mojemu, to skopany, sknocony jak rzadko. - Co pod jakiem względem? - Artystycznem. - Nie zgodzę się z panem szanownem. Podmurówka jak się należy, osoba odrobiona jak żywa. Chyba tylko to, że w Bielańskie ulice patrzy. Ale podobnież derektor teatru to był, znakiem tego musi tam zwracać uwagie, skąd najwięcej publiczności do interesu przychodzi, a rzecz wiadoma, że Żydzi najmocniejsze f rakwencje teatralne uskuteczniają. To samo masz pan w iluzjonach. - Nie o to mnie się rozchodzi. Jako fachowiec, nie mogę patrzeć bez wstydu w oczach na wykończenie figury. - A to pan szanowny z fachu kamieniarz? - Broń Boże, krawiec jestem cechowy i na ten frak cholera mnie bierze. Patrz

pan, co tu się dzieje. Kamizelka bez sznitu, czyli wycięcia, i za długa. Piersi odstają, jakby kleient arbuz pod pachą trzymał. Kołnierz odsądzony w tył. Guziki jak spodki. To ma być warszawska robota. Artystę się tak ubiera i na teatralnym placu stawia, gdzie co dzień wycieczki z prowincji chodzą? - Ależ panie, to był tzw,,ojciec teatru polskiego" i wtenczas tak się ludzie nosili. - Panie szanowny, nie mów mnie pan takich rzeczy. Ojciec nie ojciec, starszy człowiek też może się ubrać bez zarzutu. A tak, wstyd dla całej Warszawy. Godzinę już tu stoję i nie mogę się uspokoić. W oczach pana ze staropolskim wąsem odbiło się współczucie, po krótkich pertraktacjach ujął rozżalonego mistrza kunsztu krawieckiego pod pachę i zniknęli obaj w ulicy Króla Alberta. A gdy zegar na wieży ratuszowej wybił godzinę 1 po północy, posterunkowy, stojący przed ratuszem, zauważył ze zdumieniem, że jacyś dwaj osobnicy przystawiają do nowego pomnika drabinkę, po czym jeden z nich wchodzi na nią szybko. Posterunkowy podbiegł i zapytał: - Halo, co pan tam robi? - Poprawki naznaczam... Kołnierz trzeba podnieść... pachy wciąć... ka-k-ka..mizelkę skrócić! Derektor teatru nie może w takiej tandecie chodzić, bo cały nasz cech ze wstydu się spali. l pan z bródką w szpic pracował dalej w pocie czoła, zaznaczając na pomniku poprawki kredą. Sprowadzony do komisariatu zeznał, iż nazywa się Konstanty Królik, posiada zakład na Rybakach, kocha teatr i plac Teatralny, wobec czego nie może dopuścić do jego zeszpecenia. Nie miał zamiaru osobiście pomnika korygować, chciał tylko przy pomocy swego nowego przyjaciela zaznaczyć najkonieczniejsze poprawki, według których kamieniarz łatwo swoje błędy wygładzi. Policjanci, nie mając najmniejszych wątpliwości co do zacnych intencji p. Królika i jego prawej ręki, zamknęli obydwu panów tylko do czasu wytrzeźwienia. W) POMYŁKA WYROCZNI Przed sędziowskim stołem stanęli dwaj panowie. Jeden był wytwornie odziany w żakiet obszyty tasiemką. Jasnokanarkowe rękawiczki i niepokalanej białości tenisowe pantofle dopełniały jego uroczystego stroju. Drugi pan stanowił jak gdyby antytezę pierwszego. Brak kołnierzyka i skarpetek, koszula rozchylona nonszalancko na piersiach oraz dawno nie strzyżone, zuchwale sterczące na wszystkie strony włosy nadawały mu wygląd poety czy filozofa, nie przywiązującego żadnego znaczenia do zewnętrznych pozorów. Zresztą wygląd ten zgadzał się zupełnie ściśle z zawodem obranym przez niego. Na pytanie bowiem sędziego o zatrudnienie, abnegat odpowiedział: - Artysta jezdem! - Jakiego rodzaju? - Muzyk. - Na jakim instrumencie? - Z katarynką chodzę i wróżeniem się zajmam za pomocą morskiej świnki. O te właśnie morskie świnki cała rzecz się rozeszła. Razem z panem Palusińskim mieszkamy u pani Mądralskiej. Moje łóżko stoi koło pieca, a p. Palusińskiego od okna. Katarynkie stawiam przy drzwiach, a klatkie ze stworzeniem na komodzie.

Taka była z panią Mądralską ugoda i żeby dziesięciu panów Palusińskich mnie podgrymaszało, świnka na komodzie nocować będzie albo pani Mądralską straci najponktualniejszego likatora. - Niechże pan mówi o samym zajściu. Jakże to było? - pyta sędzia. - Zwyczajnie. Jak Wysokiemu Sądowi wiadomo, świnka na katarynce służy do przepowiadania przyszłości i szczęśliwych numerów i ma prawo wyciągać koperty z detal icznem opisem losu każdego, kto dwadzieścia groszy zapłaci. Stworzenie jest faktycznie w swojem fachu kształcone, ale rozumu nie ma i nie zawsze może ludzkie ucho od koperty odróżnić. - Niechże pan mówi o tym, co się stało w nocy z dnia 5 na 6 września. - To tyż mówię, proszę Sądu Wysokiego. Tej owej nocy klatka ze świnką stała jak zawsze na komodzie, ale widocznie musiała być nie zamknięta, bo świnka wylazła i dawaj spacerować po łóżku pana Palusińskiego, któren, jak wysoki sąd widzi, ma bardzo odstające uszy. Po ciemku stworzenie pomyliło się i zaczęło p. Palusińskiego to za jedne, to za drugie ucho ciągnąć zębami, bo myślało, że to koperty z losami szczęścia. A pan Palusiński, zaczem wstać i świnkie nazad do klatki zamknąć, zaczął cholerować pod mojem adresem. Jasię masie rozumieć zdenerwowałam i być może, że dałem mu ze dwa razy w szczękie, ale o żadnem uszkodzeniu ciała mowy być nie może. Wytworny oskarżyciel, p. Palusiński, z zawodu masażysta, przedstawił jednak obdukcję lekarską, z której wynikało jasno, że jednak lekkie uszkodzenie ciała było, wobec czego sąd skazał artystę p. Czesława Wieczorka, na tydzień aresztu. UMĄCZONA WŁADZA Rozstanie z kawalerską swobodą to poważne przeżycie dla mężczyzny. Nic więc dziwnego, że pan Roman Ołówek, utalentowany lakiernik, w dniu swego ślubu był od rana prawie nieprzytomny. Na stan ten wpłynęła nie tylko rozterka duchowa, w jakiej się znajdował, ale także 3 do 4 butelek czystej, które wypadły na jego "dolę" podczas odbytej poprzedniej nocy ostatniej kawalerskiej uczty. Południe zastało pana Romana na ulicy Grzybowskiej. Kandydat na oblubieńca, odziany w wytworny smoking i lakierki, biegał po jezdni z butelką jasnego piwa w ręku i zadawał nią ciosy napotkanym przechodniom, którzy uciekali w popłochu. Po kilku minutach natknął się p. Romcio na patrol policyjny, złożony z dwóch posterunkowych. Policjanci chcieli go oczywiście aresztować. Ale p. Roman nagle zaczął się spieszyć na ślub i usiłował odzyskać wolność za pomocą uderzeń tzw. bykiem. Gdy to nie pomogło, rzucił się na chodnik składając przysięgę, że żadna siła go stamtąd nie ruszy. Posterunkowi po krótkiej naradzie postanowili użyć jakiegokolwiek środka przewozowego. Ponieważ nie nawinęło się akurat pod rękę nic prócz platformy po mące, z najwyższym wysiłkiem załadowano na nią oblubieńca i pojazd ruszył z kopyta. Zdawało się, że pan Ołówek pogodził się ze swym losem, ale to było złudzenie. Po chwil i pędząca platforma zamieniła się w ruchomy ring, na którym dwaj ubieleni mąką policjanci, walczyli z umączonym od stóp do głów panem w smokingu. Kiedy niezwykły wehikuł mijał ulicę Wronią, z tumanów mącznego pyłu wyrwała się biała zjawa i zygzakami pogalopowała do bramy jednego z domów, dwa nie mniej białe widma pocwałowały jej śladem. Co było dalej opowiedziała wczoraj przed sądem grodzkim niejaka p. Piorunowska, jak się okazało, teściowa p. Ołówka. - Wszystko, proszę Sądu Najwyższego, było naszykowane do ślubu. Mieszkanie pełne gości, moja Sabina w bieli i w wianku czeka, a pana młodego ani słychu, ani

dychu. Jużeśmy się bojeli, że się namyślił i nie będzie się żenił. A tu patrzyć, drzwi się otwierają i wpada jakaś zmora. Morda, oczy, garnitur, wszystko mąką zamazane, z nosa, z uszów, z rękawów mąka mu się sypie... Nie wytrwało minuty, a tu wlatają za niem jeszcze dwie takie zamączone mazepy. Romcio, bo ten pierwszy to byt on, łapie pod rękie pannę młode, niby moje Sabinę, w drugą bierze bukiet i chce do kościoła iść! A te dwóch mączarzy mu nie dają. Wtenczas Romcio cofa się między gości, mączarze za niem. Goście ma się rozumieć w krzyk i uciekać, bo każden po formie na czarno ubrany, a tu mąka się sypie z tych trzech jak z rozdartych worków. W tem zdenerwowaniu może ktoś tam i obraził jednego i drugiego pana władzego, ale niechcący, bo wszyscy myśleli, że to mączarze! Mimo pozornego prawdopodobieństwa takiego stanu rzeczy, siedmiu członków ślubnego orszaku z panem młodym na czele skazanych zostało na miesiąc aresztu z zawieszeniem za niewłaściwe zachowanie się wobec organów bezpieczeństwa. Policjant, nawet umączony, pozostaje władzą! rr MAJ W KOMISARIACIE W maju sama przyzwoitość nakazuje poświęcić słów parę zielonej trawce i majówkowiczom, tak licznie rekrutującym się spośród wiernych tradycji warszawiaków. Ą więc poświęcajmy... Ze jednak nieraz już dawaliśmy bezpośrednio z majowej murawy chwytane obrazki z familiami, które obsiadły zaimprowizowany stół, z tańcami pod dźwięki gramofonu, z wodą sodową, karuzelami itp -dziś pokusimy się pokazać, jak wygląda ostatni akt majówki, rozgrywający się nieraz w komisariacie policji. Ubiegła piękna niedziela dostarczyła dzielnym naszym granatowym chłopcom wdzięcznego pola do licznych interwencji. Tak mniej więcej wyglądała ta akcja w kancelarii ,,kresowego", położonego w pobliżu podwarszawskich łąk i gajów, komisariatu PP: Przed biurkiem dyżurnego przodownika stoi mocno sfatygowana para. On, przystojny mężczyzna w średnim wieku, odziany jedynie w sztuczkowe spodnie i kamizelkę, spod której w efektownych festo-nach spływają resztki nieludzko podartej koszuli. Wieku jego towarzyszki niepodobna odgadnąć, ma bowiem głowę całkowicie owiązaną ręcznikiem, na którym widnieje pracowicie wyhaftowany napis: "Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje". Przodownik patrzy surowo przez dłuższą chwilę na mężczyznę wfestonach, po czym mówi: - A więc to pan pobił tę kobietę? - Tylko nie kobietę, tylko nie kobietę, ja jestem jego żona!-odzywa się spod zwojów ręcznika cokolwiek zduszony, ale miły sopran. - To jeszcze gorzej. Za co żeś pan tak żonę urządził? - Panie władzo szanowny, ja bym miał na własną małżonkę rękie podnieść? Wolałbym ją cholerę sobie wpierw obciąć. - A jednak pan ma obie ręce, a żona jest poważnie wykończona. - Ja jej tego nie zrobiłem. - Więc któż? - Sama. - Niech pan nie opowiada! - Jak pana władzę szanuję - sama. Ja tylko tyle, że je] trąbę na głowę włożyłem.

- Jaką trąbę? - Od gramofona. - Jakże to było? - Zwyczajnie. Przyjechaliśmy na majówkie. Siedziemy, zjedliśmy, co było, i zaczyna się nuda. Żona na kołdrze leży, piegi sobie przypala, a ja ziewam z nudów, aż ktoś mnie uwagie z boku zrobił, że mu herbatę studzę, którą jak raz popijał. No to ma się rozumieć, jakżem zobaczył, że niedaleko trzech moich koleżków podgrywa sobie w "oko", czyli tyż "zechcyka", ucieszyłem się i podeszłem do nich. Graliśmy sobie tak może z parę minut, ale taniutko sześćdziesiąt groszy było w banku. A żona temczasem się wyspała i dawaj mnie szukać. Ujrzała mnie z daleka, podlała i dawaj koleżkom od szulerów przygadywać, wrabia ich, że ostatnie koszule chcą ze mnie nażyć. Więc ma się rozumieć, jeden z nich okazał się honorowem i mówi do mnie: - Miecio.zamknijże swojej pani mordę, bo jak nie, to ja jej zamknę. No to ja biorę żonę na bok i zaznaczam: - Florcia, przymknij się, bo będzie nieprzyjemność. A ona jak nie zacznie dopiero rozrabiać, raban podniosła na cały las. Noto koniec końców wyszłem z nerw, urwałem trąbę z gramofon u i żonie na głowę. Z miejsca straciła mowę i orientację, bo trąba jej wlazła aż do samej szyi. Zaczęła latać po całem lesie jak głupia, machając rękami i nogami, zakąski ludziom deptać, na publikie wpadać. W końcu tak wyrżła trąbą w drzewo, że ani wte, ani wewte nie można jej było instrumentu z głowy ściągnąć. Nos i uszy przeszkadzali. Dopiero jak ją dwadzieścia osób złapało, z przeproszeniem rządowego gmachu, w którem się znajdujemy, za pierwsze krzyżowe, a drugie dwadzieścia za trąbę i dawaj ją tam i nazad ciągnąć, zdjęli jej ze łba ten żelazny kapelusz. 3 Ale cóż, całe mordę miała podrapane. W lustrze się przejrzała i z tego żalu zaczęła mnie naparzać. Koszule na mnie w drebiezgi podarła, to ja widzę, że jak tak dalej pójdzie, na goło będę musiał tramwajem do domu zapychać, i zaczełem się bronić. Nadleciał na to pan posterunkowy. Widzi, że Florcia pokrwawiona, zabrał nasz obydwoje i tu przyprowadził. Dama w zawoju na głowie chciała sprostować wyjaśnienia męża, ale frędzle ręcznika zaplątały jej się między zęby i zupełnie odebrały zdolność mówienia. Zresztą nie na wiele by się zdało, bo przodownik, zorientowany już w istocie zajścia, przystąpił do spisywania protokołu o zakłócenie spokoju. A w korytarzu czekała, zataczając się, spora kolejka majówkowi-czów, którzy, upojeni wiosną, słońcem i wonią kwiecia, przekroczyli obowiązujące prawa, pisane zresztą przeważnie w zimie przy sztucznym świetle. MARLENA l PATELNIA Zdawało się, że przycichło już trochę na świecie o złotowłosych wampach. Greta, Marlena, Mae West jak gdyby zeszły nieco w cień. Perwersyjnie zmrużone oczy, wyskubane brwi, niski głos, zagadkowy uśmiech poczęły jakby wychodzić z mody. Zaczęło się zwycięstwo kobiety pełnej uroku naturalnego, zdrowej, wysportowanej, nie tylko kochanki, ale wiernej, rozumnej towarzyszki życia dla wybranego mężczyzny. l nagle ta Apolonia Koralik!... Jedna jedyna sprawa odbyta w tych dniach w sądzie grodzkim zniweczyła nadzieje na zwycięstwo kobiety-towarzyszki. Wampy, blondynowate diabły, żyją nadal, rujnują moralnie i materialnie nieopatrznych mężczyzn, niweczą domowe ogniska, gorszą młodzież...

Panna Koralik Apolonia, prasowaczka galanteryjna, wytoczyła proces sądowy przeciwko pani Pelagii Mrugalskiej, u której zamieszkiwała w charakterze sublokatorki. Właścicielka mieszkania miała jakoby pobić ją pewnego dnia dotkliwie przy użyciu patelni. Powodem było rzekomo niepłacenie przez pannę Koralik komornego. Tak ta rzecz wyglądała w przewrotnie napisanej skardze sądowej. Krystaliczna prawda wypłynęła jednak na wierzch podczas rozprawy, w płomiennym przemówieniu oskarżonej Mrugalskiej. - Faktycznie, proszę Sądu Najwyższego, uderzyć pannę Poicie patelnią, uderzyłam, ale nie o komorne mnie się rozeszło, tylko o zgorszenie dzieci. Panna Połcia to jest, proszę Wysokiego Paragrafu, ziółko diabelskie. Niby do trzech zliczyć nie potrafi. Z oczamy zamkniętemy chodzi, gadać jej się niby tyż to nie chce, pod nosem sobie coś tam mamrocze i nic ją nie obchodzi, tylko by spała i żarła. Ale to tylko tak, dla ludzkiego oka. Niech tylko chłopa zobaczy, zaraz zaczyna ślipiamy przewracać, przeciąga się, "małą kobietkie" zaczyna śpiewać, l chłop, jak to chłop, w try miga jest gotów. Z nią jeden inwalida budkie razem z tytoniowem towarem przepił. Po sześć złotych dziennie potrafili przegazować w mojem mieszkaniu. A jak żona po niego przyszła, panna Połcia drewnianą nogie, co na stole leżała, mu wręczyła, żeby miał czem ślubną małżonkę walić. Nie mogłam na to dłużej patrzeć, zwłaszcza że dzieci mnie gorszyła publicznem słowem w pijanem widzie się posługując. - A w jakim wieku są dzieci pani? - pyta sędzia. - Rysio, najstarszy, ma trzydzieści dwa, Felek jest o rok od niego młodszy, a Gieniuś tylko co po wojsku. Ale oni takich rzeczy nie znają, nawet nie rozumieją, co to znaczy, bo w salonowem fachu pracują -wszystka trzech damskie fryzjerzy. Jakkolwiek sąd uznał, że istotnie gorszenie młodzieży jest rzeczą karygodną, jednak patelnią z nim walczyć nie należy i skazał p. Mrugalską na 10 złotych grzywny. SYSTEM PROF. PIGALINI Pan Feliks Pijawka, dorożkarz warszawski z dziada pradziada, był bardzo zdziwiony, otrzymawszy przez pocztę kopertę, suto wypełnioną jakimiś drukami. Nie mogąc nic z nich zrozumieć, udał się do swego szwagra, pana Szczepana Wieczorka, człowieka dużej wiedzy, pracującego naukowo w jednej z bibliotek publicznych w charakterze dzierżawcy szatni. Pan Wieczorek bez mrugnięcia wydobył z koperty suto ilustrowany papier i począł czytać płynnie: ,,System nauk okulistycznych wraz z instrukcją, służącą do używania radiohipnotycznego kryształu. Tajemnicza nauka profesora Piga-lini. Radiohipnotyczny kryształ jest przyrządem przeznaczonym dla praktycznego przeprowadzania prób sugestii. Profesor Pigalini zawiadamia Pana, że dzieło jego wraz z kryształem może Pan nabyć po zniżonej cenie, zamiast zł. 295 tylko za 32 złote." - Zrozumiałeś, szwagier? - A że niby kryształ staniał? 32 złote worek to faktycznie niedrogo. Ale ja na worki nie kupuję, tylko na kila i cholera mnie po tem. - Feluś, ciemna masa jesteś, żłób, chomont, czyli człowiek bez wyższego wykształcenia, i znakiem tego nic nie rozumiesz. Tu się rozchodzi o czarodziejskie książki, słuchaj mnie dalej. l pan Wieczorek wtajemniczył szwagra w arkana tajemniczej nauki. Z prospektu wynikało jasno, że każdy, przestudiowawszy dokładnie dzieło, osiągnie

nadprzyrodzoną moc. Będzie w stanie wprowadzić dowolną osobę w sen kataleptyczny, podczas którego musi ona wykonywać wszelkie jego rozkazy. ,,Poboczny obrazek - twierdził prospekt - ukazuje młodą pannę, jej ciało jest zesztywniałe i opierane tyko nogą i za szyję o krzesło, przy czym wytrzyma wagę czterech dojrzałych mężczyzn." Istotnie, ilustracja przedstawiała przystojne medium, po którem przechadzało się czterech rosłych panów w melonikach. Dowód był druzgocący, ale decydująco wpłynęło na p. Pijawkę dopiero drugie doświadczenie, wymienione w anonsie. Na ilustracji widniał powóz zaprzężony w cztery konie, którymi powoził jakiś osobnik z zawiązanymi oczami. Według słów profesora Pigalini, woźnica jeździł czwórką, dokąd życzył sobie profesor, wydający mu rozkazy sposobem "kataleptycznym" z pobliskiej restauracji. Pan Pijawka do tego stopnia zainteresował się doświadczeniem, że prosił p. Wieczorka, by natychmiast zamówił dlań system prof. Pigalini, ale bez kryształu. Profesor system przysłał, mimo to p. Pijawka odmówił zapłacenia należnej sumy, motywując to w sądzie grodzkim, jak następuje: - Wszystko to żywa granda, proszę Wysokiego Sądu. Na fotografii, owszem, wychodziło, ale w życiu nie. Najpierw zrobiliśmy ze szwagrem te sztukie ze sztywną kobietą. Uśpiliśmy za pomocą ankoholu moje ciocie, niejaką Gabrysiowe z Powązek. Owszem, dała się położyć na dwóch krzesłach, chociaż w środku musieliśmy ją podeprzyć taboretem. Ale później nie tylko czterech mężczyzn, ale samego szwagra Wieczorka nie mogła utrzymać. Jak tylko szwagier dał kroka, krzesła się rozsunęli, taboret się przewrócił, a ciocia Gabrysiowa jak nie grzmotnie pierwszą krzyżową o podłogie, od razu się obudziła. Łap za deskie od prasowania i dawaj nas kształcić. Chociaż i tak mieliśmy dosyć, bo szwagier rozciął sobie głowę o komodę, a ja tak dostałem taboretem w piszczel, że do dzisiaj kuleję. A już faktyczna lipa to z tem powożeniem z zawiązanemi oczami. Szwagier siedział na rogu w restauracji i miał mnie wydawać rozkazy, ale ja nic nie słyszałem. Jak ślepa babka z ręcznikiem na łbie siedzę na koźle i nic nie widzę. Totyżod razu wpadłem na budkie papierośnika, derożkasię przewróciła, latarki mnie się potłukli, skrzydła pogięli, rysor pękł, a papierośnik jeszcze w szpitalu leży. Sąd jednak stanął na stanowisku, że umowa jest umową, i całą sumę na rzecz profesora Pigalini recte Dawida Minerała (Komitetowa 6) przysądził. 2(5 SZCZYT ROZTARGNIENIA Jak niebezpieczną jest rzeczą dla człowieka roztargnionego zamieszkiwanie w wielopiętrowej kamienicy o długich, bliźniaczo do siebie podobnych korytarzach, przekonał się skromny handlowiec, pan Dawid Kotek. Doświadczenie to zdobył pan Kotek kosztem guza wielkości mandarynki na czole oraz obrzęku w kształcie jaja kurzego pod okiem. Autorem tych uszkodzeń był niejaki pan Bolesław Guzik, zamieszkały o piętro niżej wtym samym co i pan Dawid domu przy ul. Pańskiej. W jaki sposób doszło do tak bezpośredniego kontaktu między panami, których bądź co bądź dzieli od siebie całe piętro, wyjaśnił odbyty świeżo w sądzie grodzkim proces. - Nie wstyd panu, panie Guzik, pobił pan sąsiada za to, że przez omyłkę wszedł do pańskiego mieszkania? - zagadnął oskarżonego sędzia, oderwawszy oczy od akt. Pan Guzik, sympatyczny, szpakowaty metalowiec o staropolskim wąsie, chrząknął z zażenowaniem, po czym odrzekł:

- Żeby to wszedł raz, panie sędzio szanowny, ale on mnie co drugi dzień te pomyłkie robił. Pierwszy raz nic nie mówiłem, chociaż wleciał mnie do mieszkania o 12 w nocy, zapal ił zapałkie, w oczy mnie świeci i pyta się, co ja tu robię. Usiadłem na łóżku i myślę sobie, nic, tylko wariat, wzięłem kamasz w rękie i postanowienie robię, jak do mnie doskoczy, to go kapciem w ciemię. Dopiero jak rozejrzał się po mieszkaniu, zobaczył koło mnie żonę i dwóch synów w d rugi m łóżku, przeprosił nas formalnie, że się z czwartego piętra przybłąkał, a ja, proszę Sądu Wysokiego na trzecim mieszkam, i poszedł. Nie wytrwało może dwa dni, znowuż jest. Tą rażą w dzień wpadł. Żywe rybę w siatkowej torbie przyniósł i na stół rzuca. Ryba w torbie skika, ja oczy wytrzeszczam, ale jeszcze nic nie mówię. Dopiero w jakie minutę do przytomności przyszedł, krzyknął ze strachu, złapał rybę i chodu. Dowiedziałem się później od stróża, że Kotek się nazywa i mieszka nad namy. Trzeci raz przyleciał znowuż w nocy. - Jak to, stale się pan tak myl ił?-pyta w tym miejscu sędzia i patrzy ze zdziwieniem na oskarżyciela. Pan Kotek .rumieni się, spuszcza oczy, obraca w ręku rudy, sfatygowany melonik i oświadcza falsetem: - Ja jestem coś taki roztrzepaniec! - Mokry parasol mnie wtenczas nad plecamywytrząchnął i podłogie niemożebnie zatratował, bo deszcz jak raz padał i do pasa przyszedł zaszargany. Połapał się koniec końców i jak nie ruszy do drzwi, ale fleki musiał mieć ścięte, bo się przewrócił i na grzbiecie po korytarzu wyjechał. - Co jest z tem Kotkiem? - mówię do dzieci. Wtenczas starszy syn mnie nadmienia, że to musi być ankoholik. Ale ja wiem, że to niemożebne, bo pijak między starozakonnemy to rzadkość. Ale syn mówi, że widocznie nam się taki wybryk natury traf ił, i nie mówiliśmy o niem więcej. Jakiś czas był spokój. Raz w niedzielę śledziem sobie przy obiedzie. Drzwi się otwierają: patrzyć-jest Kotek! l nie sam jeden, trzech Żydów ze sobą sprowadził. Jak bomby wpadli, trzęsą się, wszystka czterech razem mówią, widocznie jakiś giszeft załatwiali. Na ten widok podnieśliśmy się z synami od stołu i dawaj ich z mieszkania pędzić. Możliwe, że trąciłem wtenczas pana Kotka raz i drugi, ale anioł by nie wytrzymał dłużej. Skrzywdzić go nie chciałem, chodziło mnie tylko o to, żeby pamięć mu wróciła, i miałem życzenie orientacje w niem wyrobić, l co Wysoki Sąd powie? Pomogło. Trzy miesiące przeszło i ani raz się już nie pomylił. Wobec tak pomyślnego przebiegu kuracji sędzia skazał p. Guzika tylko na 20 zł. grzywny. W SARDYNKI TAŃSZE Pan Stanisław Pietruszka, przysięgły kawaler w wieku lat czterdziestu sześciu, zaczął nagle odczuwać ciężar samotności. Zwierzył się więc z tą troską znajomemu swemu, panu Alojzemu Biskupskiemu, człowiekowi, który z niejednego pieca chlab jadł. Pan Biskupski pomyślał chwilę i rzekł: - Rzeczywiście poniekąd mężczyzna żonaty swoją wygodę ma co pod względem wiktu, przepiórki i, jak to mówią, świadomego obrządku. A taki kawaler lata jak kot z pęcherzem po mieście, ni tu dom, ni tu chałupa. Obszarpany, guzika nie ma mu kto przyszyć. W mieszkaniu także samo brudy choleryczne. - l samotność... pyska nie masz pan do kogo otworzyć - dodał ze łzą w oku wzruszony swoją dolą pan Pietruszka.

- Faktycznie, ale z drugiej znowuż strony, przyjemnie jest wrócić do domu o trzeciej rano schlany, zbradziażony i mordobicia od ślubnej małżonki nie otrzymać. - Nie każden mężczyzna pozwoli ukochanej kobiecie po głowie się lać. - No tak, ale na sztorcowanie nie ma rady. Każda żona swoją przemowę ma i musisz pan słuchać. Chyba tak zrobić, jak ten szewc z Targówka, co przed wojną małżonkie Jaśkiem udusił za to, że mu pierwszy sen przerwała, kiedy zmęczony do domu przyszedł. Ona na Bródnie spoczywa, a on dychę mamra zarobił... - W taki sposób widzę, że małżeński stan nie dla mnie. - Już lepszy pies. Jego prawo człowieka najwierniejszem przyjacielem być. Bywają psy cwańsze od ludzi. Taki domu przypilnuje, służy i przez laskie skacze. Czy goście przyjdą, czy na spacer z niem pan wyjdziesz, wszędzie zaszczyt masz. - Tylko że drań wlizie pod łóżko i szczeka. - No i wściec się może. Czytałem w kurierze, że w Ameryce jeden pies sto dwadzieścia osób pogryzł. Powściekali się potem wszyscy, co do jednego. - Już kot pewniejszy. - Wiadomo, t ładne to, cholera. Mordeczkie ma takie sympatyczne. - Tylko oczy fałszywe. - l po kątach paskudzi. - Było zdarzenie, że kot księdza zagryzł za to, że chrapał. - Trafiają się dranie między kotamy. - Dla człowieka nerwowego najlepsza złota rybka. - Faktycznie. Rybka nie szczeka. Kupujesz pan sobie okrągły stój, naliwasz wody, parę kamieni na dno, trochę rzęsy czyli też jaką roślinność. Wpuszcza się duże trzy złote rybki i godzinamy możesz pan obserwować. - Cichutkie to, czystą wodą żyje i żadnego ekspensu nie sprawia. - Ale drogie. Jedna sztuka w modnem japońskiem fasonie do setki może kosztować. - Co pan mówisz? To sardynki już tańsze. - Cała puszka dwa, trzy złote. - No, to może każemy dać... - Można! Cała powyższa rozmowa toczyła się w barze na Kamionku. Panowie otrzymali wkrótce dużą puszkę portugalskich sardynek i odpowiednią ilość wódki. Bardzo byli zadowoleni ze sprawunku, ale się okazało, że ostatnia rybka była uszkodzona, wobec czego przewrócili bufet i połamali grającą szafę. Sąd skazał ich za to na dwa tygodnie aresztu i pięćdziesiąt złotych zwrotu strat. Pan Pietruszka po wysłuchaniu wyroku pocieszał się, że mogło być gorzej - bo małżeństwo jest aresztem, który trwa nieraz całe życie i kosztuje moc pieniędzy. Sardynki w każdym razie tańsze! ROZMOWA PRYWATNA Pan Hilary Żołądkowski z Nowego Bródna niezbyt często bywawWar-szawie, toteż, jadąc dorożką konną przez plac Napoleona, z zaciekawieniem patrzył na najwyższy dom stolicy. Dorożkarz akurat się odwrócił, a widząc zdumienie w oczach pasażera, poprawił się na koźle i rzekł: - Co, zdrowa kamieniczka? Drapacz chmur, jak to mówią. Całe miasto z niego widać. Pan Hilary nie mógł pozwolić na to, żeby mu dorożkarz imponował, odrzekł więc zimno:

- U nas na Nowem Bródnie także samo jest taki drapacz, tylko że drewniany, dlatego na dach nie wpuszczają, żeby kto ognia nie zaprószył. Ale kominiarze mówią, że stacje Marki można stamtąd zobaczyć. - Pański drewniak naprzeciwko tego domu to paka do śmieci. - No, no, sałata, obliczaj się pan ze słowami, bo... - Bo co? - Bo wysiądę na środku drogi i za kurs nie zapłacę. - E, tak to znowuż paskudnie. Takiego pasażera za hale się bierze, do komisariatu odwozi i w sądzie dostaje swoje trzy miesiące mamra. - Nawet o wiele go dorożkarz honorowo obrazi? - Co ma honor do należności za kurs! Ja mogie szanownemu panu mordę batem poprzecinać, także samo pan mnie możesz bykiem z kozła zdrucić na ziemie, ale to wszystko prywatnie, służbowo musisz pan mnie zapłacić, a ja pana musze na miejsce dostawić. - W taki sposób jadziem dalej, a kłócić się będziemy później. - Owszem. Proszę bardzo. - W każdem bądź razie dorożkarz nie ma prawa pasażera obrażać. - A znowuż pasażer nie może ze swojem drewniakiem z Nowego Bródna w sam środek miasta się pchać, jeżeli nie chce, żeby mu kto ubliżył. - Zresztą, o tem potem. Dom jest, nie można powiedzieć, spory. Ale swojem porządkiem najwięcej mnie zastanawia to, jak oni robiązgórą do bielizny. Skoro jeżeli, jak moja służąca idzie na górę wieszać, przepada na trzy godziny, to tutaj nie byłoby jej ze dwa tygodnie. - Możliwość, ale zaczem by zeszła na dół, już trza nazad włazić, bo bielizna bez ten czas wyschnie. - Ano tak wychodzi. Dorożka potoczyła się dalej. Rozmowa została przerwana, wznowiono ją dopiero przed domem nr 45 przy ulicy Twardej, gdzie pan Żołądkowski wysiadał. Wyjął z kieszeni portmonetkę, uregulował należność, poprawił kapelusz i rzekł: - Jestem dostawiony na miejsce? - Ano tak. - Za kurs zapłacone? - Faktycznie. - Jesteśmy w porządku? - Wiadomo. - No teraz, dzieliworku za kantor szarpany, możem porozmawiać prywatnie. - Z tymi słowy pan Hilary ujął za skuwkę pamiątkową rodzinną antypkę. - Ano dobra! - odrzekł dorożkarz wznosząc w górę bat. - A masz za pakie śmieci, łachodojdo sieczką karmiona! Antypka, wprowadzona w ruch wahadłowy, mijała się kilkakrotnie w drodze z batem, znacząc na twarzy dorożkarza malownicze desenie. Jednocześnie oblicze pasażera pokrywać się zaczęło cieńszymi, ale za to gęstszymi arabeskami. Spłoszony koń ruszył, pan Hilary wskoczył na stopień, nie zaprzestając walki. W ogniu bitwy pędzący wehikuł omal nie rozjechał posterunkowego na placu Grzybowskim. Kilka energicznych zarządzeń i obaj przeciwnicy znaleźli się w areszcie. zaraz na drugi dzień sąd starościński skazał ich na tydzień aresztu, który spędzili razem w najlepszej zgodzie. Nie było już bowiem więcej przyczyn do

nieporozumień. Pasażer odwieziony, za kurs zapłacone, obustronny honor pomszczony. O cóż się tu kłócić? W ZAWODOWY ŚWIADEK Do sali sądu grodzkiego wchodzi sympatyczny pan o ciemnym zaroście. Korzystając z przerwy w rozprawie, zamienia miłe uśmiechy ze stałymi bywalcami, wreszcie wita się kordialnie z woźnym. - Dzień dobry się z panem, panie Wu. Co słychać? Jak zdróweczko pana sędziego? - Nie można narzekać, owszem, zdrów jest. - To się bardzo cieszę. A pan sekretarz jak sobie miewa? - Owszem. - Coś dawno już tu nie byłem. - A kto pan właściwie jest, bo nie mogie sobie przypomnieć? - Pan mnie nie zna? Ja jestem świadek o pobicie pana Migdalskie-go przez pana Bielasa. Pan nie pamięta? Się dziwie. Już dwa lata tu przychodzę i czekam, może dzisiaj się doczekam, skąd można wiedzieć? Świadek przysiada się do dwóch panów i prowadzi z nimi miłą pogawędkę. Tymczasem wchodzi sąd. Idą jakieś sprawy o kradzieże, a wreszcie... - Oskarżony Hipolit Bielas, świadkowie Migdalski, Majchrzak i Rozenpik! - woła sędzia. - Panie Bielasek, chodź, pan sędzia nam prosi - mówi sympatyczny pan do sąsiada i podchodzi wraz z nim do sędziowskiego stołu. Świadkowie składają uroczystą przysięgę, po czym padają sakramentalne pytania: - Nazwisko? - Już mówiłem ładne parę razy... pan sekretarz zapisał tyż. - Cóż to znaczy, proszę odpowiadać na pytania. - Wszystko od początku? Nie mam pretensje, proszę: Rozenpik. - Imię? - Salomon. - Zajęcie? - Świadek. - Pytam, czym się oskarżony zajmuje? - Tyż mówię, jestem za świadka. - Nie chodzi mi o daną sprawę, tylko zawód pański. - Panie sędzio kochany, ja pana co powiem, jak ja dwa lata nic nie robię, tylko chodzę tu za świadka, to nie jest moje zajęcie? A co to jest, co? Raz zachorował pan Bielasek, to się sprawę odkładało. Drugi raz zapomniał przyjść pan Migdalski, to tyż poszliśmy do domu. Jak wzięli pana władzego do szkoły, żeby mu wyuczyć na pana przodownika, to się zaczęło prawdziwe siekane nieszczęście. W ślepe ciotkie poszliśmy się bawić. Jak się jeden pokazał, to się drugi schował. A ja już dwa lata chodzę. - Dziś sprawa będzie rozpatrzona. - Daj Boże. " - Jakże to było? Co pan widział? Kto kogo uderzył w tramwaju numer 17 dnia 4 lipca 1934 roku? Bielas Migdalskiego czy odwrotnie? - Panie sędzio, chwileczkie, ja nie mogie mówić. - Dlaczego? - Się mnie chce śmiać. - Z czego?

- Z kawała. Ja nic nie widziałem. Ja jestem nie ten Rozenpik. - Jak to, przecież panu Salomon na imię. - Co znaczy! W Warszawie są może sto, może dwieście takie Rozenpiki. Dlaczego mi wybrali, nie wiem, może z powodu niedaleko mieszkam. - Jak to, i nie zna pan ani oskarżonego, ani oskarżyciela? - Teraz znam, za kolegów jesteśmy, razem loterie trzymamy, ale tu u pana sędziego się poznawaliśmy. Wobec ustalenia pomyłki sąd uwolnił pana Rozenpika od świadczenia, ale skazał pana Bielasa na dwadzieścia złotych grzywny za czynne znieważenie obecnego serdecznego przyjaciela. DWIE KASJERKI Zegar na ratuszowej wieży wskazywał trzecią godzi nę za dwie mi nuty. Z ulicy Senatorskiej wyszedł pośpiesznym krokiem jakiś dostatnio ubrany pan w meloniku i, stopniowo zwiększając szybkość, okrążył skwer, po czym biegiem prawie wpadł do ukrytej w gęstwinie blaszanej pagody, skąd dolatywały odgłosy przypominające senny szmer leśnego strumyka. Czas płynął leniwie. W drzwiach stojącego obok pagody murowanego pawiloniku ukazała się starsza, miłej powierzchowności niewiasta, spojrzała na zegar, potem zapuściła pełen niepokoju wzrok w głąb gęstwiny i szepnęła do siebie: - Co on tam, cholera, robi? Powiesił się czy jak? Duża wskazówka na tarczy przesunęła się, z wieży popłynęły w dół trzy głębokie, poważne uderzenia zegara. Do sympatycznej kobiety podeszła jakaś inna, o nie mniej miłym wyglądzie, i zagadnęła wesoło: - No, to i jestem, kochana pani Zając. Czy można już objąć służbę, bo trzecia? - Ano można. Wszystko masz pani w porządku. Szczotka, mydło, ręcznik na swojem miejscu. - A jak tam ruch? - E, moja pani, szkoda gadać. Zastój taki, że płakać się chce. A porządnego gościa ani na lekarstwo. Same łachudry. Wejdzie taki, przy piecu się wygrzeje, librę papieru wypotrzebuje, a potem chce, żeby mu pięć groszy opuścić, bo powiada, że nie wy korzystał.,,Żołądkowe obstrukcje posiadam" - mówi. "To nie moja rzecz, raz przegródka zajęta, należy się pełna stawka, chociażbyś pan w ogóle żołądka nie miał". Senesowe strączki będę tem cholerom parzyć, żeby mieli za co płacić! A najgorsze to te z blaszanki. Górą albo tyż od dołu taki jeden z drugiem uważa, żeby, jak się kasjerka odwróci, bez opłaty prysnąć. Teraz właśnie taki jeden tam siedzi. Wlazł z godzinę temu nazad i do tej pory go nie widać. O... lizie... Smoła gorąca! Z pagody wyszedł istotnie pan w meloniku, spojrzał na obydwie kasjerki, wyjął z kieszeni monetę i począł się namyślać, której z nich ją wręczyć. - Mnie się płaci - rzekła cierpko funkcjonariuszka opuszczająca dyżur. - A to dlaczego - zapytała rzeczowo nowo przybyła. - Dlatego, że teraz jest moja służba. - W jaki sposób? Ja już objęłam urzędowanie. - Mało z tem, ale gość u mnie zaczął. - A u mnie skończył i takiem prawem u mnie kwitek kupuje. - Sumienia pani nie masz. - Tak, dla paninych pięknych oczów posadę mam stracić, jak mnie się bilans nie zgodzi.

- Patrzecie ją, jaka lęgu rai na, stara szantrapa. - A leguralna jestem, jestem leguralna i jak się pani nie spodoba ze mną za koleżankie być, to złóż pani proszenie do magistratu, żeby cię przenieśli do podziemnego, pod pomnik Mickiewicza. - Jakbyś pani wiedziała, że złoże, złoże! bo nie chce z taką klempą mieć do czynienia. A pan z czego się śmiejesz? To ostatnie zdanie adresowane było do klienta, który stał z monetą w ręku i, uśmiechając się, słuchał sprzeczki. - Patrz pani na tego ancymonka, godzinamy w blaszance siedzi, zamieszanie w biurowych godzinach nam uskutecznia, a teraz się z nasz nabija! Przez niego to wszystko! Jak ci, pętaku, szczotką przez dęciak przyłożę, to ci się odechce śmichy-chichy z hydraulicznego przedsiębiorstwa robić! l obrażona kasjerka, nie panując dłużej nad sobą, wyrżnęła gościa szczotką w melonik. - A dobrze go, pani Zając, jeszcze raz! A ja mu ścierką z drugiej strony! zawołała jej przeciwniczka i, zachęcona przykładem, natarła na interesanta z mokrą płachtą. Zagrzewając się wzajemnie, obie niewiasty połamały mu zupełnie wiedeński melonik, oberwały wszystkie guziki od palta i dokonały szeregu innych spustoszeń zarówno w garderobie, jak i w obliczu. Ostatkiem sił nieszczęsny klient dotarł do dyscyplinarnego biura zarządu miasta, gdzie złożył odnośną skargę. Będzie ona wkrótce tematem specjalnej rozprawy. Zanim wynik będzie wiadomy, prosimy czytelników pamiętać, że dyżury kasjerek w szaletach miejskich zmieniają się o trzeciej po południu. 3€ HIPOPOTAM CZY BOŻA KRÓWKA? - Co to jest w tych pakach, panie szanowny? - Zwierzyna dla zoologicznego ogrodu. - A w jakiem gatonku? - Detalicznie panu nie powiem, ale na oko obrzydliwość. Świnia, rozumiesz pan, z krowim łbem, na kocich nóżkach. Mordę ma takie, że jak otworzy, korzec kartofli może połknąć. - A jak się to nazywa? - A cholera-że jego wie. Takie jakieś niemieckie nazwisko posiada, podobne do ulicy Hipotecznej. - A można do niego zajrzyć? - Owszem, wsadź pan głowę pod plandekie i rzuć pan okiem, tylko, broń Boże, go nie podrażnić, bo jakby kopnął w zęby, buty by się z pana zostali. - Przecież jest w skrzyni z trzycalowych desek. - Nie przeszkadza, jak lignie nóżką, najgrubsza deska odskoczy... No, widzisz go pan? - Faktycznie, masz pan racje, z mordy na krowę podobny. A czy mleko daje? - Nie. Przede wszystkim piersi nie posiada, a po drugie, ktoże by go, drania, wydoił, jak on trzy tysiące kilo waży i siłę ma za dziesięciu byków. - Co pan mówisz, trzy tysiące waży? - Jak pana szanuje. - No, to nie rozumie, w jaki sposób żeście go panowie na placfor-me załadowali. - Czterdzieści parę osób przy tym pracowało. A i to takteśmy się natyrali, że kto wi, czy ryptury nie dostane.

- No, to wisz pan, że faktycznie nie rozumie, w jakiemże celu taką sztukie przywozi się z ciepłych krajów do Warszawy. Mleka nie daje. Mięso także samo pewno trujące. Ludzie się z niem męczą. Gdzie tu jest logika taki towar z zagranicy sprowadzać? - Dzieciak z pana - to amatorska rzecz! Pojedynczy facet chowa sobie w domu gołębie, złote rybkie, jeża, papugie czyli żółwia, tak? - No, tak jest. Ja sam trzymam tresowanego kreta. - No, widzisz pan, skoro jeżeli, niewytykając palcem, byle pętaczy-na kreta w mieszkaniu trzyma, to co ma hodować milionowa stolica -bożą krówkie? - Przekonałeś mnie pan, ale nie ze wszystkim. Bo nie same tylko duże sztuki w ogrodzie zeologicznym się znajdują. Drobiu tam jest do diabła i trochę, a już najwięcej to papugi. - Z tem znowóż była inna historia. Rozniosło się po Warszawie parę lat temu nazad, że papugi co pod względem zdrowotnem są niebezpieczne. Podobnież słabość takie mają, że jak człowiek ją od ptaka złapie, z miejsca wykituje. Papugie, cholerę, głowatroszkiepoboli, co najwyżej s...czki dostanie, a człowiek po krótkich i ciężkich cierpieniach musi kojfnąć. Jak się warszawskie paniusie o tem dowiedzieli, dostali strasznej cykorii i zaczęli oddawać swoje papugi rożnem zawodowem ptasznikom na przetrzymanie epidemii. Ptaszniki znowuż, jako równe chłopaki, lubieją publicznym słowem w rozmowiesię posługiwać. A papuga takie ma zdolności, że w try miga ludzkiej mowy się uczy. A najlepiej lubi kawalerskie wyrazy. Totyż, jak te ptaki po paru miesiącach wrócili do swoich pań i zaczęli jem w salonach gości sztorcować i wyrażać się przy dzieciach, paniusie dawaj znosić papugi do ogrodu zoologicznego. Derekcja każdą zwierzyną zmuszona jest się opiekować, totyż przyjęła papugi, mając nadzieję, że może się w końcu oduczą wyrazów. Ale gdzie tam, wszystko, cholery, zapomnieli: skakać przez obręcze, huźdać się na dziobach, ale tego nie. Jak czasem zaczną sobaczyć publiczność rosyjskiem słowem, to tylko uszy zatykać i uciekać. - No, to już lepszy ten swołocz z krowią mordą. - Wiadomo, przynajmniej zgorszenia publicznego nie uskutecznia. Jak łatwo się domyślić, rozmowa powyższa toczyła się między dwoma panami podczas wyładowywania ze skrzyń nowego nabytku Zoo - dwu hipopotamów. Znalazłem się tam wypadkiem, l ja rzuciłem okiem pod plandekę, i ja doszedłem do wniosku, że faktycznie, jeżeli byle pętaczyna chowa kreta, to Warszawa może pozwolić sobie na hipopotama. NIECH ŻYJĄ ZASADY - Takie mam wychowanie, paniesędzio.żekobietywząbtrzonowy za żadne pieniądze bym nie wyrżnął. Raz nawet Tętniakowi jednemu, co przy mnie rodzoną kochankie po oczach naparzał, tak przyfastry-gowałem w szczękie, że trzy tygodnie w żydowskiem szpitalu na Czystem zębów mu się doliczyć nie mogli, chociaż dwóch dochtorów i trzy akuszerki koło niego chodzili. - Cóż to ma wspólnego ze sprawą, tu nie chodzi o pobicie kobiety, tylko pana Kalisiaka, który przecież jest mężczyzną. - l właśnie dlatego dostał knoty, proszę pana sędziego, ale stało się to względem kobiety, a detalicznie mówiąc, dostał, jak już zaznaczyłem, że kobiety nie ruszę za żadne skarby, ale ktoś musiał być bity za moją krzywdę. Miałem uszkodzić obcego, to już lepiej wujka tej pani. - Proszę opowiadać po kolei, bo trudno sądowi zrozumieć, o co chodzi.

- Owszem, proszę Najwyższej Eksmisji. To było tak. Pani Kalinow-ska jest stara panna i chowa trzech psów. Proszę bardzo, nie moja rzecz. Ale psy powinni mieć wychowanie i na cudze słomiankie naturalnej nieczystości nie odstawiać. A temczasem przychodzą pod moje drzwi i uskuteczniają. Raz i drugi mówię grzecznie pani Kalinowskiej: "Nauczże pani tych draniów psów porządku, bo jak ja ich zacznę kształcić, na dwóch nogach będą chodzić i mordami się podpierać". A pani Kalinowska, z przeproszeniem Wysokiego Kodeksu do mnie z pyskiem i ciężko mnie znieważyła doniczką z lewej strony. Wtedy mówię:,,Stara panna u mnieswojem porządkiem kobieta i dlatego nie mogie paniusi złapać za kok i ślipków, jak się należy, podfonarzyć, ale może posiada pani szanowna jakich przodków z linii męskiej, żebym się z niemi mógł rozmówić?" Powiedziała mnie na to, że ma wuja na Pańskiej ulicy, właśnie tego pana Kalisiaka, i że ten ów wujo jeszcze może mnie dołożyć z drugiej strony. Wsiadłem, proszę Wysokiej Instancji, w tramwaj i jadę do tego wuja. A ze złości aż się coś we mnie gotuje. Jak przyjechałem, jakiem spojrzał na tego wuja, od razu się mnie przypomnieli te trzy psy na słomiance i nie mogłem żalu powstrzymać. - l wybił pan Kalisiakowi trzy siekacze przednie i spowodował powstanie na czole guza wielkości pomarańczy, na głowie zaś obrzęku w kształcie mandarynki. - Być może. Na zagranicznych owocach się nie znam, ale w każ-dem bądź razie wujo był wykończony poważnie. Sąd doszedł do tego samego wniosku i skazał pana Karola Ciepłego na jeden miesiąc aresztu. - Trudno, posiedzę - oświadczył dżentelmen - ale z fasonu nie wyszłem i ręki na kobietę nie podniosłem! PAN BOCZKOWSKI Najpopularniejszym typem na warszawskim torze wyścigowym jest niejaki pan Boczkowski. Wszyscy go znają, wszyscy się o niego pytają. - Czy nie widział pan tu pana Boczkowskiego? - Pan Boczkowski to panu zaraz załatwi. - Ten pan Boczkowski to bardzo porządny chłop! Takie i tym podobne zdania słyszy się stalewśród grającego narodu przy kasach, przy bombie i na paddocku. Dla nie wtajemniczonych w sekrety toru wyścigowego pan Boczkowski jest figurą legendarną i tym ciekawszą, że każdy z graczy inaczej go określa. Według jednych, ma to być szczupły blondyn w meloniku, inni znów twierdzą, że to rudy facet w amerykańskich okularach, według zdania jeszcze innych, pan Boczkowski wygląda na starego wicehrabiego, a co najmniej przypomina kelnera z ,,Adrii". Kto wie, czy by ta drażniąca tajemnica w ogóle została wyjaśniona, gdyby nie skromna sprawa o dwa złote w sądzie grodzkim. Tu się dopiero okazało, że przede wszystkim pan Boczkowski ma zeza, nosi jesionkę w szerokie kraty, jest kruczowłosym brunetem z wąsikiem, a co najciekawsze - nazywa się Moniek Frajkind. Okoliczności te wyszły na jaw przy okazji rozpatrywania pretensji pana Tomasza Kobziaka o przywłaszczenie dwu złotych w następujących okolicznościach: - Proszę Wysokiego Sądu, było tak: jeden mój znajomy, którego teściowa zapoznała się w maglu z ciotką chłopaka stajennego Piskor-ka, powiedział mnie w sekrecie, zew niedziele Jeronia ma murowany wyścig. To, ma się rozumieć, wzięłem cztery złote w kieszeń i poszedłem na wyścigi. Człowiek jestem rodzinny, więc na hazard puszczać się nie mogie, znakiem tego, myślę sobie, trzeba postawić skromnie dwa złote u Boczkowskiego.

- Dobrze, ale co to ma wspólnego ze sprawą? Cóż to za Boczkow-ski? - przerwał panu Kobziakowi sędzia. - Właśnie ten pan. - On się nie nazywa Boczkowski, tylko Frajkind. - Faktycznie nazywa się Frajkind, ale na wyścigach się zatrudnia jako Boczkowski. - Nic nie rozumiem. - Zaraz panu sędziemu wytłomacze. Boczkowski dlatego, że na boczki stawki przyjmuje. - A więc bokmacher? - Właśnie, tylko się mówi Boczkowski, ze względu na delikatność wobec policji państwowej. Otóż ja temu panu Boczkowśkiemu mówię wyraźnie: ,,Szanowny panie Be, dwójeczka stoi naJeronii". l rzeczywiście, Jeronia przychodzi jak chce, aten pan nie chce mnie wypłacić i mówi, że ja stawiałem na Emocje. Wysoki Sąd zna tego łacha, czy jest możliwość, żeby on wygrał na dwa tysiące czterysta metrów przy mokrem torze? Wykluczone, i ja za stary gracz jestem, żebym taką pomyłkie mógł popełnić, tu jest jawna granda! - Przede wszystkim ni ma mowy, żebym ja byłbym Boczkowski. Się nie zatrudniam z tem. Po prostu można powiedzieć, zapalony grajek sportowy jestem i lubię wyg rac te parę złotych, jak każdy. Pan Kobziak mi prosił, żebyśmy zagrali do spółki Emocje, to wzięłem dwa złote i razem przegrywaliśmy. To co, pójdę bić głową o barierkie, się podrzucę pod tramwaj, tak? Trudno, się stało i proszę uniewynnienie bez zawieszenia kary. Sąd po rozważeniu tych zeznań doszedł do wniosku, że nie może być mowy o orzeczeniu przestępstwa przywłaszczenia dwu złotych, gdyż za mało zebrano na to dowodów, wobec czego pana Frajkinda uniewinnił. Wyrok został przyjęty z ulgą przez kilku obecnych na sali ,,panów Boczkowskich". STAROZAKONNY GAJOWY - Bronet czy blendyn? - Rudy był, moja pani. - l starozakonny? - Szczegółowo nie wiem, ale jak z twarzy, to na krześcijana nie wyglądał. - Znaczy się Zraelita. Nieszczęśliwa panny Wikci godzina. Wszystkich snów na pamięć nie znam, ale zajrzem zaraz do egipskiego siennika. O, jest: ,,Starozakonnego gajowego na białem koniu w kumy prosić - narzeczony z dzieckiem przy piersi zostawi i do ciepłych krajów wyjedzie". To mówiąc, pani Anastazja Wieniec, właścicielka sklepiku spożywczego przy ulicy Czerniakowskiej, zamknęła z trzaskiem sennik i schowała go pod ladę. Panna Wikcia Piekarek, młoda,,do wszystkiego", zalała się rzewnymi łzami i upuściła koszyk pełen zakupionych dla państwa produktów. - Dlaczego panna Wikcia płacze, sennik prawdę przepowiada? - Słowo w słowo się sprawdziło, pani Wieniec, mój Franek dzisiaj rano na dwa tygodnie do Otwocka niby tyż to na robotę wyjechał... - Nie ujrzom go już więcej twoje oczy, dziewczyno. Z Otwockiem lipa, czyli puc. Do ciepłych krajów uciekł. Jak ta Halka, co jom w zeszłem tygodniu w Teatrze Wielkiem widziałam, z dzieckiem będziesz panna po górach ganiać, a w ciepłych krajach temczasem jego, drania, zapowiedzie z inszą kobietą wyjdą. Panna Wikcia przychodziła do sklepu coraz smutniejsza. Po narzeczonym ślad zaginął. Ale po dwóch tygodniach zjawił się u pani Wieniec młody, starannie uczesany, wytwornie ubrany pan i zapytał grzecznie:

- Czy masz pani te książkie z żydowskiem gajowem? Pani Antastazja, domyśliwszy się wszystkiego, z początku zaprzeczyła, ale potem wręczyła sennik nieznajomemu. - Chciałem tylko zobaczyć, czy nadrukowane tam także samo, co robi narzeczony, jak z ciepłych krajów wróci. Nie? To ja pani pokaże. Tu obrażony młodzian wysypał worek mąki na podłogę, wbił w to dwie kopy świeżych gwarantowanych jajek, dodał nieco powideł, po czym, wpakowawszy pani Anastazji na głowę bryłę śmietankowego masła, wyciągnął ją zza lady, ulokował w przygotowanym cieście. i kilku zręcznymi ruchami przeobraziłw kolosalny naleśnik. Wyturlaw-szy go następnie po sklepie, wypchnął na ulicę. Wierny narzeczony nazywał się Stanisław Bielas i za wyżej opisane czyny skazany został przez sąd grodzki na tydzień aresztu. Połowa Czerniakowskiej obecna była na tym sensacyjnym procesię, wyrok komentowano bardzo żywo, zarówno na sali, jak i w kuluarach, przy czym do oskarżonego i poszkodowanej odnoszono się z jednakową sympatią. Winien był tylko źle informujący sennik. Wszyscy bowiem wiedzą, że starozakonny gajowy oznacza szczęście w miłości. Powrót Wiecha Przyznam się że, długo się namyślałem nad wydaniem niniejszego tomu felietonów. Peszyło mnie bardzo stanowisko niektórych młodych krytyków literackich, odsądzających od wszelkich wartości humor, tak zwany niefrasobliwy, pozbawiony tendencji społecznych. Co tu zrobić, żeby książka miała jednak konkretną wartość dla społeczeństwa? Po licznych naradach z rodziną doszedłem do wniosku, że należy ją wydać na bibułce. Wydawca, któremu zwierzyłem się z tym projektem. podchwycił go entuzjastycznie i od razu wysunął hasło, pod którym książka znajdzie się w sprzedaży; ,,Solali sama się pali". Niezwłocznie obliczyliśmy z matematyczną dokładnością, że z każdego felietonu można będzie skręcić 28 przyzwoitych papierosów. Niestety, już po dwóch dniach okazało się, że bibułka wypadnie za drogo, wobec czego będziemy musieli poprzestać na papierze. Zdaniem wydawcy wartości książki w niczym to jednak nie zmniejszy, a nawet - wprost przeciwnie. Jak wiadomo, najpopularniejszym gatunkiem tytoniu jest obecnie,, Wilanów", który, jakkolwiek preparowany z najlepszego rabarbaru, włókna ma twarde, przebijające nawet najsolidniejszą bibułkę. Używając dobrego, samotlącego papieru, nie będziemy narażeni na reklamacje, które jednak zawsze są przykre. Przekonał mnie... Rozpocząłem prace przygotowawcze. Wybierając felietony do części drugiej, traktowanej jako wspomnienie o Warszawie przedwojennej, Warszawie, której już nie ma, natrafiłem na kilka utworów, które przywiodły mi żywo na myśl ostatni mój wieczór autorski w Warszawie. Było to nie tak dawno, a jednak tak dawno... Wieczór odbywał się w podziemiach znanej winiarni "Pod Krzywą Latarnią" na Podwalu. Sala była przepełniona. W półmroku pod ścianami leżeli ciężko ranni. Obok, w cocktail-barze, odbywały się amputacje bez narkozy. Jeden z chłopców miał moją książkę. Tytuł:,,W ząbek czesany". Prosili, żeby im poczytać. Przyszedłem tu wprawdzie po lekarstwa dla swej chorej córki, ale cóż... Przy ogarku świecy zaczęliśmy sobie czytać. Na górze nad nami z łoskotem waliły się domy, ryczały ..krowy", pękały granaty. W ząbek czesany Hitler wściekle atakował Starówkę, a my czytaliśmy sobie o,,Zezowatym baranku", o,, Parasolu w śmietanie", o facecie, któremu sąsiad zaaplikował ,,Sto czterdzieści baniek". Ranni się uśmiechali.

Niefrasobliwy humorek na coś się przydał. STEFAN WIECHECKI ZEZOWATY BARANEK Pan Antoni Nóżka jest przedsiębiorcą okolicznościowym. Przed świętami Bożego Narodzenia sprowadza do stolicy choinki, w Zaduszki handluje wiankami, w okresie Wielkiej Nocy wyrabia i sprzedaje na własnym straganie za Żelazną Bramą gipsowe baranki. W tym roku również ustawił w cieniu pierwszej hali targowej efektowne stoisko, zapełnione po brzegi biało malowanymi barankami. Nie wiadomo, czy zbytnio się pospieszył, czy też kryzys wszechświatowy wywołał zastój w handlu przedświątecznym, dość że przez pierwsze dni pan Antoni nie sprzedał ani jednej sztuki. Nic zatem dziwnego, że przedsiębiorca był w fatalnym humorze. Na taki właśnie nastrój trafiła pierwsza klientka, pani Helena Kopycińska, która obejrzawszy całą kolekcję, rzekła sceptycznie: - Żeby te baranki mieli być ładne, to nie można powiedzieć. - Dlaczego, pani szanowna? Co jem brakuje? Gips w prima gaton-ku, lakierem obciągnięci jak się należy, rogi złote, na podstawce bukszpan i trawka, co ma być jeszcze więcej? - Owszem, nie powiem, robota starowna, ale mordy mają jakieś takie niekonieczne. - Co pod jakim względem? - Każdy jest inszy. - Baranek nie kajzerka, żeby mieli być wszystkie jednakowe. - No faktycznie, ale oni są jakieś dziwne. Ten, na przykład, ma zyza w lewem oku, a ten w prawem. Ten znowuż podobny jest więcej na kozę, a tamten z lewej strony to czysty Żyd. - Zwracam pani uwagę, że baranek artykuł religijny i nie masz pani go prawa równać ze starozakonną narodowością. Po drugie, żebym ja pani szanownej nie powiedział, jak pani wyglądasz! - No, powiedz pan! - Chcesz pani! - Chce! - No to jak stara cholera, dla której szkoda artystycznego wyrobu. Baranek u niej ma zyza. A sama, cholera, dziobata jak durszlak, gdzie wyjątkowo dzioba nie posiada, trzy piegi siedzą i czwartem poganiają. No, już zjeżdżaj, owieczko, bo tak cię tem zyzowatem barankiem w ucho dmuchnę, że piegi pogubisz. Pani Kopycińska nie czekała na wykonanie groźby, chwyciła swój pełen prowiantów kosz i wyrżnęła nim pana Nóżkę w głowę. Z kosza wypadła ćwiartka cielęciny i potoczyła się między baranki, szerząc w stadzie prawdziwe spustoszenie. Na ten widok serce w panu Nóżce zamarło. Energicznym ruchem oderwał nogę od swego straganu i począł się znęcać w sposób wyrafinowany nad grymaśną klientką. Oczywiście nadbiegł policjant, rozbroił powaśnionych, sporządził protokół i sprawa w amerykańskim tempie znalazła się przed sądem starościńskim. Pan Nóżka w wymownych słowach dowodził, że jako artysta i kupiec nie mógł inaczej postępować słysząc obelgi miotane pod adresem reprezentowanego przez siebie artykułu. Mimo to razem z p. Kopycińska został skazany na grzywnę po 30 złotych. Procesy o wzajemne pobicie odbędą się po świętach. 3S DZIECINNY PODATEK Pan Zenobiusz Kawka, stolarz meblowy, jest w tym nieszczęśliwym położeniu, że

nie tylko sam lubi wódkę, ale żonę ma również wysoce trunkową. Zdawłoby się, że wspólne upodobania powinny się przyczyniać do harmonii małżeńskiej, jak jest jednak inaczej, mieliśmy sposobność usłyszeć wczoraj w sądzie grodzkim przy ul. Długiej. Pan Zenobiusz, miły starszy pan, bardzo starannie ubrany, z lekka ochrypniętym głosem złożył sądowi takie zeznanie: - Nie ma nic gorszego, proszę wysokiej procedury, jak baba pijak. Bo w tym jest nienaturalność, czyli wybryk natury. Wiadomo, że wódka, czyli też koniak, a takżesamo likier są stworzone dla mężczyzn. O wiele tzw. płeć, czyli kobieta, ich używa, niemożebne hece rozrabia. Mężczyzna pod ankoholem albo się kładzie spać, albo płacze rzewnymy łzami nad wszechświatowem kryzysem, albo też poniekąd zamieszkalne otensylia, czyli tak zwane umeblowanie, niszczy. l to wszystko. Poza tym do rany go można przyłożyć. Za to kobieta - wprost przeciwnie. Jak sobie małowiele podchromoli, na konto miłości ma życzenie. Ja, jak mnie tu wysoki sąd widzi, jestem sobie człowiek już w latach, no i ma się rozumieć, co pod tym względem już nie fachowiec. Nie mówię, żebym w ogóle, ale to już nie to, i nie tak często. A ona tego zrozumieć nie może, tylko awanturę toczy. Powiada, że ją zrujnuje, bo podatek od bezdzietnych małżeństw ma być naznaczony i każden będzie się musiał przed rządem co najmniej jednem dzieckiem wykazać, bo inaczej wszystkie rzeczy na furę zapakują i na licytację zabiera. Ja jej mówię: ,,Władzia ty się mylisz, taki podatek to może być ściągany, ale jak z kogo. Na mnie rząd już dawno pod tym względem przestał liczyć". A ona nic, tylko swoje. - No i w rezultacie tej rozmowy poranił pan żonę rurą od piecyka -pyta sędzia. - Skądże znowu, panie sędzio kochany?! Ja się tylko musiałem bronić, bo ona ostro do mnie, żeby... się przed tem podatkiem ratować. Na razie chowałem się za szafę i cicho siedzę, myślę sobie, ankohol z niej wywietrzeje, to się ode mnie odczepi, ale gdzie tam. Za szafą mnie znalazła i mówi, że żadne lekramacje od dziecinnego podatku uwzględnione nie będą. Na to ja faktycznie wyrwałem rurę z pieca i raz ją przez krzyż przejechałem, l nie miałaby o to do mnie żalu, tylko że się sadze wysypali i całą ją na czarno upaprali, że wyglądała jak merediabeł. Ale ona nie patrzy na to, tylko dalej do mnie. Myślę sobie, jak się temy sadzamy do mojego kołnierzyka dotknie, przepadłem. Sadza się nie wypierze. No i w taki sposób zmuszonem byłem jeszcze ze dwa razy ją tą rurą sztuknąć. Obdukcja lekarska oraz zeznania świadków potwierdziły winę pana Zenobiusza w całej rozciągłości, potwierdziły jednak i wersje o romantycznych porywach jego małżonki. Wobec tego sąd postanowił skazać pana Kawkę na 2 tygodnie aresztu z zawieszeniem wykonania kary na przeciąg lat dwóch. Pan Zenobiusz szczerze się tem zmartwił, gdyż, jak twierdzi, musi się bronić przed zakusami żony co najmniej dwa razy na tydzień. 3€ WIELBICIEL POLICJI - Czy oskarżony Bajerski Sylwester przyznaje się do winy znieważenia policjanta? - Nigdy, proszę Najwyższego Sądu. Jak to, ja miałbym znieważać władzę? Przecież to jest stróż bezpieczeństwa, on pilnuje mienia obywatela przed złodziejami. Mróz nie mróz, deszcz nie deszcz, na ulicy stoi i tylko przyuważa, czy kto gdzie jakiej grandy nie uskutecznia. Kiedy ja i Najwyższy Sąd już w domu śpiemy, władza na rogu się fatyguje i baczenie daje, żeby pijane osobniki przechodniów

nie zaczepiali i zanieczyszczenia tretuarów nie robili. Albo z temi samochodami. Kto by, proszę szanownej instalacji, przez ulicę mógł przejść, żeby nie czuwająca policja, co każdego jednego szofera jednem machnięciem pałeczki przytrzyma? Przykro pomyśleć, co by było bez policji. Toteż, jakby kto przy mnie ośmielił się ubliżyć władzy i budowlanem materiałem, używanem przez zdunów, ją nazwał, ja bym mu, pętakowi, oczy wyjął, ja bym z niego befsztyk i siekany zrobił. Nie wolno, psiakrew, znieważać tych, co się za nas poświęcają, deszcz nie deszcz, mróz nie mróz... - To wszystko bardzo piękne, ale szkoda, że pan w życiu nie stosuje tych zasad, bo, jak widać z załączonego protokołu, postępuje pan wręcz odwrotnie. - Nie może być! - Widocznie było. Bo protokół mówi wyraźnie:,,Zatrzymany w komisariacie za opilstwo Bajerski Sylwester nie chciał wejść za kratki, ale stawiał czynny opór, używając brudnych wyrazów..." - Do policji? Ja? Wykluczone. Przecież ja bym się dał porąbać w kawałki za każden jeden komisariat w Warszawie, a także samo na Pradze... - ,,... oraz wierzgając, kopiąc, gryząc i łamiąc poręcz od ławki. Umieszczony wreszcie za kratkami podburzał innych aresztowanych alkoholików do rozebrania pieca i zdemolowania tymczasowego aresztu. W końcu, zrzuciwszy z siebie odzież i namówiwszy do tego pozostałych zatrzymanych, tańczył wraz z nimi, miotając obelgi pod adresem pilnującego aresztu klucznika". - Przepraszam szanownego pana sędziego, ale kto to wszystko robił? - No któż by? Oskarżony! - Bajerski? - Rozumie się. - Sylwester? - Sylwester. - Syn Teofila i Bibliany? - Tak jest. - Wygląda na to, że ja. Ale nie wierzę! Zresztą... możliwe. Straszna rzecz, co ta wódka z człowieka robi. Jak ja mogłem się do gołego rozebrać, kiedy flanelową koszulkie noszę, której za nic nie zdejmę przed pierwszym kwietnia, inaczej taki katar mnie łapie, że rady sobie dać nie mogę. A wtedy nic! Widocznie musiałem być mocno pijany i znakiem tego proszę o zastosowanie tej okoliczności łagodzącej. - To jest raczej okoliczność obciążająca. Nie trzeba pić wódki... to się nie będzie robiło awantur. Skazuję Sylwestra Bajerskiego na jeden miesiąc aresztu rzekł surowo sędzia. Pan Bajerski myślał chwilę, po czym, machnąwszy ręką, powiedział: - Trudno. Za kochaną policję chętnie posiedzę. Bo to deszcz nie deszcz, mróz nie mróz, na rogu stoi i przyuważa! 140 BANIEK Jak niebezpiecznie jest czasem leczyć się z grypy domowymi środkami, słuchając amatorskich rad sąsiadów, niech posłuży za dowód smutna sprawa kamasznika, pana Marcelego Pszczółkowskiego, odbyta wczoraj przed sądem grodzkim przy ul. Długiej. Pan Marceli kaszlał od dłuższego czasu, w kościach go łamało i w ogóle czuł się bardzo źle. Sąsiad jego przez ścianę, p. Antoni Bobek, elektromonter, nie mogąc słuchać po nocach kaszlu p. Marcelego, zaczepił go rano w korytarzu i rzekł:

- Panie Pszczółkowski, na grypę tylko bańki, każ pan ich sobie postawić sztuk tak ze sto czterdzieści, a na rano będzie pan zdrów jak ryba. Pan Pszczółkowski posłuchał rady, ale, nie mogąc skompletować dostatecznej ilości baniek, których zebrał tylko czterdzieści, zwrócił się o pomoc do dobrego sąsiada. Co z tego wynikło opowiedział pan Marceli sądowi w następujących słowach: - Pan Bobek baniek nie posiadał, znakiem tego kazał mnie wziąść duży słój i powiedział, że on wystarczy za setkie baniek. Faktycznie w tem słoju moja żona kwasiła pięćdziesiąt dużych hrubieszowskich ogórków, lakiem prawem rachonek się zgadzał. Ponieważ nikt inszy słoju do pleców przystawić mnie nie umiał, pan Bobek sam się tego podjął. Kazał mnie kupić butelkie leczniczego spirytusu, zrobił z waty pochodnie, oblał i podpalił. Myślałem, proszę wysokiego sądu, że skonam, jak mnie słój na plecach postawili, na dobitek od pochodni firanki się zajęli. Ja leże ze słojem z tyłu i nie wiem, co robić. Firanki się palą, słój mnie ciągnie jak cholera, a pan Bobek mówi, że galanteria rzecz nabyta, a zdrowie przede wszystkim, i dawaj mnie przystawiać naokoło słoju jeszcze czterdzieści zwyczajnych baniek. Żona firanki ugasiła, całe mieszkanie wodą zalała. Ja leże pod kołdrą ze słojem na plecach, ciągnie mnie jak nagła krew i czekam, co będzie dalej. Dziesięć minut minęło i przepis każe bańki zdjąć. Proszę o to żonę, ale słaba kobieta nie mogła dać rady, tak się słój do mnie przyczerpił, że ani rusz go oderwać. Żona ciągła, dzieci ciągli, pogrzebaczem podważali, nic. W taki sposób widzę, że krewa, bo pod słojem mam guzzpół metra wysokości. Jak tak dalej pójdzie, na całe życie garbatym się mogię zostać. Posyłam po pana Bobka, ale mnie powiedzieli, że pojechał do zajęcia, bo na noc robi. Rozpacz mnie ogarnęła, żona przeklina, dzieci płaczą, a ja ze słojem latam po mieszkaniu jak głupi i cierpię. Dopiero zawołałem z dołu stróża, któren udzielił mnie pomocy. - W jaki sposób? - Kopnął w słój tak, że łbem pod łóżko wleciałem. Ma się rozumieć pokaleczyłem się przytem coś niecoś. - A więc przez zemstę pobił pan potem poszkodowanego Bobka? - Poniekąd tak jest, ale nie o firanki, nie o spirytus, nie o pokaleczenie mnie się rozeszło, tylko o to, że nie pomogło. Kasłałem potem trzy razy tyle, więc, znaczy się, musiałem łachudrę nauczyć, że jak nie wie na pewno, nie ma prawa domową medycyną się zajmować. Sąd stanął na stanowisku, że pan Pszczółkowski zareagował jednak zbyt silnie, i skazał go na tydzień aresztu z zawieszeniem do 3 lat. 3S MAŁŻEŃSTWO KOLEŻEŃSKIE Dwaj sympatyczni cyrkowcy, panowie Konstanty Wasiak i Franciszek Boratyński, postanowili dokonać wynalazku, który by pozwolił im żyć względnie wygodnie bez zbyt ciężkiej pracy, o którą jest zresztą obecnie wściekle trudno. W tym celu buchnęli gdzieś dziecinny wózek i wypożyczyli za 50 groszy dziennie dwuletniego chłopczyka. Pan Franciszek, starannie wygolony, wdział na siebie nabytą okazyjnie na Kercelaku aksamitną suknię damską, skromny, ale gustowny kapelusik, i wdziawszy ten strój wyglądał na podupadłą inteligentkę. Jego przyjaciel przyozdobił się w okulary o ciemnych szkłach, wypłowiały surdut i, popychając przed sobą wózek, w którym beztrosko bawiło się dziecko, poszli w miasto pukać do miłosiernych serc.

Przechodniów wzruszał bolesny widok tragicznej rodziny zredukowanego "buchaltera magistrackiego". Litościwych ludzi w Warszawie nie brak, toteż spółka prosperowała znakomicie, tak że zmuszona była podwyższyć gaże dziecku, które zresztą spisywało się świetnie, nazywało przybranych rodziców mamą i tatą i płakało, kiedy to było potrzebne. Trzeba przyznać, że wspólnicy dbali o swoje maleństwo bardzo, jednając sobie jego zaufanie chałwą i irysami. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że powodzenie rozzuchwala. ,,Tragicznej matce" zachciało się robić pończochę na drutach, żeby podkreślić w oczach publiczności swoją nadzwyczajną pracowitość. "Mąż" odradzał to "żonie" twierdząc: - Idźże, łachmyto, drakie zrobisz ze siebie i ze mnie i te niewinne dziecinę skompromitujesz na całe życie. Przecież nie umiesz pończo-chów odwalać. Jednak, jak w każdym małżeństwie, kobieta zwyciężyła i już nazajutrz przy wózeczku na progu zamkniętego sklepu nieopodal Filharmonii zasiadła z robótką w ręku. Praca jednak tym się różni od bezczynności, że męczy, toteż manewrowanie drutami tak wyczerpało pana Franciszka, że musiał co chwilę sięgać do ukrytej w głębi wózeczka butelki ze sznapsem. Gest ten zauważył przechodzący wczoraj p. Eugeniusz Bojarski i zaintrygowany wprawą, z jaką żona zredukowanego buchaltera wchłania w siebie płyny, strzykając potem śliną na jezdnię, przystanął za murem. W następnej chwili usłyszał, jak mąż mówił do żony: - Boratyńszczak, miarkuj się, draniu! Moją połowę flachy napoczy-nasz. Na to połowica odrzekła chrapliwym barytonem: - Ślubnej żonie żałujesz, łobuzie?! Ja muszę pić więcej, doktor mnie kazał, bo dziecko karmię. Pan Bojarski, oburzony do żywego, pośpieszył po policjanta. Na jego widok rodzina rzuciła się do ucieczki, porzucając wózek. "Buchaltera" policjant ujął, ale ,,matka", z dzieckiem na ręku, pozostawiła wkrótce goniących o kilometr za sobą. Ale w sądzie grodzkim "małżeństwo" się zeszło i opowiedziało szczerze dzieje swego pożycia. Sędzia z pobłażliwym uśmiechem zawyrokował tydzień aresztu. WIADOMO - STOLICA! - Patrz pan, panie szanowny, Hitler powiedział, że na miejscu Warszawy kartofle będą rośli, i faktycznie pełno tu kartofli, ale ze sło-ninką... - Rzeczywiście, na każdej budce napis figuruje: "Zsiadłe mleko z kartoflami". - Nie jego robaczywa, w ząbek czesana głowa, Kobyłkie czy insze Piaseczno z Warszawy zrobić. Gdzie stolica była, tam stolica została. - Coś nie coś, ale gront, że warszawiak! fasonu nie stracili. To wszystko apiać się odremontuje. Zaraz na drugi dzień, jak tylko szkopów cholera stąd wzięła, pierwsze budki w Jerozolimskiej alei stanęli, gdzie skromne, ale pożywne zagrychę można było dostać pod ćwiartkie "karbitówki". - Przepraszam pana szanownego, a co to takiego? - Nie słyszałeś pan? Bimberek z "karbitu" robiony. - Co pan mówisz? - To, co pan słyszysz. Warszawski wynalazek. - l niezły? - Nie najgorszy. W smaku pomarańczówkie przypominał. - A siłę przepisowe posiadał?

- Owszem, bo ciut-ciut kwasu solnego dolewali. - l dla autonomii ludzkiego ciała był nieszkodliwy? - Tego detalicznie panu szanownemu nie powiem. W każdym bądź razie wody po nim pić nie było wolno, bo gaz uderzał, tak że o nieszczęśliwy wypadek z ogniem było nietrudno. - l teraz go jeszcze tu sprzedają? - Gdzieniegdzie, ale tylko dla znawców, a tak, to monopolowa odchodzi, i to mocno. - A zakąski są odpowiedzialne? - Panie, bo się obrażę. Wiadomo - stolica. Wszystko pan w tych budkach dostaniesz. Od ,,polskiego kawioru", czyli kaszanki, do łososia i kurczaków z mizerią. Na żądanie zrazy nalesońskie z grzyb-kamy też mogą być. - No, to może rąbniem po jednem dziecinnem pod ten polski kawior? - Jeżeli ma się zrozumieć koniecznie, to ja się nie odkażę, ale pan szanowny pozwoli się zapoznać, bo salonowe alibi przede wszystkim. Piecyk jestem, Teofil, warszawski rodak z dziada pradziada. - Kitwasiński się nazywam, także samo nie z Grójca, tylko że w obecnem czasie w Łodzi mieście w charakterze spalonego zamieszkuje. Teraz w Warszawie orientacji nie posiadam, a mam życzenie fotografie do ledykimacji sobie uskutecznić. Nie znasz pan jakiego fotografisty? - Owszem, mogie pana zaprowadzić, to niedaleko stąd. Ma się zrozumieć po obecnej warszawskiej modzie, na świeżem powietrzu. Prześcieradło na ścianie wisi, aparat na tretuarze stoi, zajmujesz pan miejsce na krześle i wtrymiga zdjęcie zrobione. Po mojemu, to nawet lepszy system niż dawniej, jeżeli się na przykład rozchodzi o tak zwaną fisharmonię małżeńskiego pożycia. - Nibyjakto? - Bardzo zwyczajnie. Kto najwięcej się fotografuje? Młodziaki od ślubu. Każda jedna panna młoda musi w ślubnem welonie na portrecie dać się odrobić i w tem celu młodego małżonka do fotografisty taszczy. Każden jeden pan młody, po większej części, jest troszkie na gazie. Na dobitek kołnierzyk go pije, półkoszulek go gniecie i w ogólności jest mu gorąco jak wielkie nieszczęście. A tu fotografista elekstryczne lampę przed samą mordą mu zapala, druga w szyję go niemożebnie piecze, tak że chłopina nos ma czerwony, oczy przymrużone i na portrecie jak zapijaczona ofiara losu wychodzi. Potem całe życie ma złamane, bo żona, co na te ślubne fotografie rzuci okiem, to litanie mu czyta i zapytanie uskutecznia, dlaczego za takiego oliwę wyszła, któren już w dniu ślubu na nałogowego ankoholika wyglądał. A z chwilą kiedy się zdejmamy na świeżem powietrzu, takie niebezpieczeństwo już nam, panie szanowny, nie zagraża. - Możliwość. - A w ogólności wszystko jest ulepszone. Chcesz pan, dajmy na to, manikure czy pedikure sobie zrobić, nie potrzebujesz pan po sklepach się rozglądać, budka na środku ulicy się znajduje, w której tak panu ręce i nogi podszykują, że najbliższa rodzina pana nie pozna. l nie nudzisz się pan przylej robocie, bo bufet na miejscu się znajduje. Zwłaszcza poniekąd przy wycinaniu odcisków to wielkie znaczenie posiada. Powiedzmy z niemożebnego bólu pan mglejesz, ratonekjest, jak to mówią wtrymiga. Angielkie czystej pan wypijesz, foremkie nóżek na zimno opendzlujesz i przytomność wraca. - A po cholerę? - Co po cholerę? Nóżki?

- Nie, ten pedikur. - Warszawiak i jak ciemna masa z głębokiej prowincji się wyraża, jak pragnę zdrowia. Kultura i sztuka nasz do tego zmusza i rozchodzi się o to, żeby na złość zrobić Hitlerowi, któren warzywo na Marszałkowskiej ulicy chciał sadzić. - A skoro jeżeli tak, to chodź pan na oedikur. 4€ NA WŁASNĄ RĘKĘ Spotkałem wczoraj pana Walerego Wątróbkę. Nie widzieliśmy się przeszło 5 lat. Nie zmienił się prawie wcale, nawet stał przy latarni. Było to wprawdzie tylko wspomnienie latarni - sama podstawa. Reszta leżała obok w błocie, ale pan Walery był cały. Uścisnęliśmy sobie serdecznie ręce, po czym zapytałem o zdrowie pani Gieni. - Owszem, nie można powiedzieć, zdrowa jest, nawet może ciut--ciut zanadto, bo morda się jej ani na jedną minutę nie zamyka. - No, a jakże tam szwagier Piekutoszczak? - Nie mówmy o tem łachudrze, z nerw wychodzę, jak o niem słyszę. - A cóż on takiego zrobił? - Całe wojnę się z łachadojdą męczę, przez jakie setkie łapanek go przeprowadziłem, a teraz mnie taki wstyd uskutecznił. - Wstyd? Co pan mówi? - Przez niego nieraz ja bym w czapkie od szkopów dostał, bo to lebiega, niewidymka, za grosz orientacji nie posiadająca. Raz, na przykład, zapychamy przez Kierbedzia ,,oczkiem". - Jak to ,,oczkiem"? - Tramwajem ,,21" co na Targówek chodził!'! w tem trakcie ktoś krzyknął:,,łapanka". Motorniczy przyhamował i wszyscy pasażerowie chodu, ale gdzie tu zjeżdżać? Most z dwóch stron przez ,,blondynów w blaszanych kapeluszach" obstawiony... Jednem słowem ciemna mogiła. Ale patrzę, że środkiem mostu pogrzeb na Bródno posuwa, i mówię do szwagra: ,,Chodź, Feluś, żałobne rodziny będziemy odstawiać". No i ma się rozumieć, wpasowaliśmy się w orszak. Ale szwagier jak to szwagier, zaczem tylko smutne miny robić, chustki brudne jak wielkie nieszczęście z kieszeni wytaskał, oczy sobie zakrył i dawaj rozpaczać rzewnemy łzamy po tem nieboszczyku. A jęczał tak i dech wypuszczał, że aż się wdowie, co przed niem szła, welon wiwat. No i co z tego wyszło? Patrzę za chwilkie, nie ma go. Rozglądam się po całem moście i widzę, że on nie za karabanem, tylko za wozem węgla idzie z mordą zasłoniętą i rozpacza w dalszym ciągu, tak że go przy cerkwi na Pradze słychać. Już szkop do niego leciał i zabrałby go jak barana do budy, żebym go w ostatniej minucie nazad w orszak nie wciągnął. l tak stale i wciąż z niem miałem. - No dobrze - przerywam - ale miał pan opowiedzieć o wstydzie, który świeżo panu zrobił... - Zaraz, nie tak galopkiem, będzie i o wstydzie. Z tem wstydem to było tak. Parę dni temu wtył poszliśmy ze szwagrem Warszawę odbudowywać. Porobiliśmy z godzinę przy gruzie na Marszałkowskiej ulicy, aż tu szwagier zaznacza do mnie: ,,Uważasz, Walerek, nie spodoba mnie się ta robota. My musiemy na swoje rękie ten remont naszej kochanej Warszawy zacząć, i to nie od ulicy, ale od piwnic. W piwnicach węgla do cholery i trochę się znajduje i w ten deseń o nieszczęście nietrudno. Dom już będzie na cacy odświeżony, a tu ktoś przez tak zwane

nieuwagie zapalonego papierka do piwnicy wrzuci i wszystko apiać się sfajczy. Tak nie można, najsampierw trzeba węgiel usunąć. Myślę sobie, może i ma racje... Poszliśmy do jednego podwórka, zaglądamy do piwnicy - węgiel jest. Przyuważył gdzieś szwagier Piekutoszczak jakiś wózek i dawaj węgiel wyciągać. Ruszyłem dwa-trzy razy łopatą, patrzę, a tam pod miałem walizka siedzi. Otwieramy, w środku ciuchy. Jakieś fraki na zawiasach, futra i insza galanteria męsko-damska. No cóż, zostawić tego nie można, bo jak słońce przygrzeje, mole się w garderobę wdać mogą... No i znakiem tego nie było inszej rady, tylko trzeba było to zabezpieczyć. Ale jak to zrobić? Z walizką przenieść nie można, bo milicja pomyśli, że to zaszabrowa-ne i do mamra gotowa nas wsadzić. Wtenczas szwagier doradził, żeby wziąść wszystko na siebie. No i ma się rozumieć przebraliśmy się. Ja za derektora w futrze i celindrze, a szwagier damskie salope na łososiach na siebie wsadził, kapelusz ze strusiem piórem, gumowe pepegi na nogi i wachlarz jeszcze cholera wziął pod pachę. Faktycznie wyglądał na zbankrutowane hrabinie. Trochę się ludzie za nami na ulicy oglądali, ale możebyśmy się jakoś dostali do domu, żeby nie to, że się szwagrowi rozmawiać parle f ranse zachciało. Zaczął piskliwem głosem barłożyć: ,,Pardą, antre pur le dam, wagon restaurant" i temuż podobnież. Ale mu się koniec końców wszystko pokiełbasiło i wyraził się: "Hande hoch!". Ktoś to usłyszał i krzyknął: ,,Trzymać foksdojczów". My, ma się rozumieć, chodu, a publika za namy. Ganiali nas przez Królewskie, Karowe, naokoło po ślimaku do samego mostu. Tam nasz dopiro przytracili, rozpięli szwagrowi salope, patrzą, a on pod damskiemi desusami szelki i spodnie w paski posiada. No wtenczas już wszyscy byli pewne, że jesteśmy przebrane szkopy, i bylibyśmy ciężki wycisk dostali, tylko że nasz wojsko odbroniło. W milicji przyznaliśmy się, jak na spowiedzi, co i jak było, będziem mieli sprawę sądowe. l przez kogo? Przez szwagra, któremu na swoje rękie odbudowywać Warszawę się zachciało. Od tej pory powiedziałem sobie: samodzielnie, na własne rękie, palcem nie ruszę. Niech inżynierykompinu-ją, co i jak ma być. Pójdzie to może trochę wolniej - ale za to będzie pewniejsze, proszę obywatela! OKAZYJNA JAZDA Na okazyjne auto ,,przez most na Pragę" czeka się przy zbiegu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej w grupie podróżnych, wymachujących przyjaźnie teczkami i walizkami w stronę każdego przejeżdżającego samochodu. Ale wehikuły te mają specjalne zwyczaje. Nie zatrzymują się nigdy przy tęskniących do nich podróżnych. Mijają ich wwściekłym tempie i hamują gwałtownie o kilkadziesiąt metrów dalej. Na ten widok przez tłum kandydatów na pasażerów przebiega jakby iskra elektryczna. Z głuchym jękiem chwytają oni swoje bagaże i ruszają w pogoń, z rozdętymi nozdrzami i szaleńczym błyskiem w nieprzytomnych oczach, tratując po drodze wszystko. Po chwili nieszczęsna wataha dobiega do dyszącego benzyną potwora, który zazwyczaj tak jest skonstruowany, że dostanie się do środka olbrzymiej skrzyni, stanowiącej jego karoserię, bez zastosowania drabin oblężniczych, bosaków i lin, używanych do wspinaczki wysokogórskiej, wydaje się szczytem niemożliwości. Ale tak to wygląda tylko na pozór. W ciągu sekundy garść wypróbowanych w bojach o miejsce młodszych zawodników jest już na szczycie. Wciągają za sobą maszyny do szycia, tapczany, fotele-łóżka, wyżymaczki, kufry wielkości wagonów kolejki wąskotorowej i z łoskotem wskakują do skrzyni.

Wszystko to się dzieje przy akompaniamencie rozdzierających serce krzyków i lamentów: - Oleś, pomóż mnie, bo nie widzę. - Po kole, właź Zosia, po kole... - Trzy razy już się omskłam... - Czekaj, dawaj nogie... Tu obywatel, nazwany Olesiem, przyklęka dwornie przed swoją damą, dźwigającą na plecach pokaźnych rozmiarów piecyk szamotowy i wiązankę rur oraz kolanek. Stawia sobie jej nóżkę na ramieniu i nagłym wyrzutem rozprężonego ciała wysyła cały transport w górę. Z okrzykiem: ,,0 Jezu, zabił mnie" pani Zosia znika we wnętrzu wozu. Wyprawa jest prawie gotowa. Przybywa jeszcze tylko obywatelka ze szczotką na kiju oraz obywatel, który pragnie przewieźć na Pragę masywne, dwuskrzydłowe, artystycznie rzeźbione w dębie, suto okute brązem drzwi, łącznie z futryną. Szczotkę jakoś umieszczono, ale drzwi wywołały burzę protestów wśród stłoczonych na larach i pena-tach wędrowców. - Panie, gdzie się pan tu pchasz z tą bramą, jak pragnę zdrowia? - Skądżeś pan te drzwi wyrwał, z kościoła czy jak? - A pańskiej babci zamazany interes. Ja się pytam, czyj ten materac, co go pan wieziesz? Siedź pan, jak panu dobrze. Wygodniak, futrynka mu przeszkadza... Przy pomocy dziesięciu ochotników spośród przechodniów ,,futrynka" zostaje wreszcie ulokowana. Auto rusza. Na razie wszystko jest dobrze. Pasażerowie doszli do porozumienia. Zaczynają lekko sobie nawet podżartowywać z wojennych warunków komunikacyjnych i nagle czują, że grunt gwałtownie poczyna usuwać się im spod nóg. Jeszcze chwila i zbite kłębowisko ludzi, mebli, wal iż, tłumoków, przechyla się w stronę budki szofera, by za moment runąć jak lawina do tyłu. Nie wytrzymały tego naporu wrota rzeźbione na końcu wozu. Rozwarły się szeroko, by przepuścić szturmującą publiczność. Naprzód wyskoczyła przez nie na jezdnię obywatelka ze szczotką na kiju, za nią jakiś młodzian z ,,Bitwą pod Grunwaldem" w złoconych ramach, pani z pieskiem i jeszcze koło piętnastu osób obojga płci. Samochód przystanął, z budki wysiadł szofer i oświadczył, że właściwie nic się nie stało, tylko mu wóz troszkę ,,podrywa" przy zmianie biegów. Uważać naprawdę trzeba dopiero na zakrętach. "Przy lewym naddać się na prawo". Teoretycznie wydawało się to łatwe, ale w praktyce nastręczało niejakie trudności. Pozbawieni równowagi pasażerowie chwytał i się kurczowo swych sąsiadów, co nie zawsze spotykało się z aprobatą. - Panie, jak mnie pan jeszcze raz złapiesz za nos, wyjdę z fasonu i będzie krewa. Nie lubię tego, nerwowy jestem, rozumiesz pan? Skarcony turysta szuka ostoi w sąsiadce z lewej strony, aleJuż pierwsza próba kończy się dlań tragicznie. - Nie szczyp się pan... - Zosia, kto cię uszczypał? - pyta z daleka mąż właścicielki szamotowego piecyku. - Ten ów, co za mną stoi. - Jak się pan prowadzisz, dlaczego mnie pan żonę szczypiesz? - Co proszę, ja tę panią szczypię? W jakim celu? - Nie udawaj pan greka, nie wiesz pan, w jakim celu mężczyzna szczypie uroczą kobietę? - Daj pan spokój, urocza to ona jest dla pana, bo pan nie masz innego wyjścia.

- A dla pana jaka jestem? - zaperzyła się pani Zosia. - Dla mnie jesteś pani wydra na kołnierz od palta. - Oleś, w ucho go! - Nie mogie, za daleko stoję. Ale służę ci rurą, kochanie ty moje. Tu pan Oleś wręczył małżonce dwumetrowej długości rurę. Pani Zosia z wprawą ujęła ją za kolanko i grzmotnęła swego przeciwnika w kapelusz. Z rury buchnął potężny, przypominający eksplozję miny słup sadzy. Czarna chmura spowiła świat. Kiedy opadła, okazało się, że wszyscy pasażerowie wyglądają jak silny oddział kominiarzy po ciężkiej pracy wracający do domowych pieleszy. Obywatele spojrzeli po sobie i rzucili się na pana Olesia. Na szczęście szofer krzyknął: -Brukowa, wysiadać! Samochód przystanął. Okazyjna jazda była skończona. Kominiarze porwali swoje paczki i, lekko się tylko otrzepując, pobiegli do domów. POWITANIE KIERCELAKA - Ani woda, ani ogień, ani giestapo nie pomoże - gdzie był Kiercelak, będzie Kiercelak. - Tymi słowy odezwał się do mnie pewnego sierpniowego popołudnia, podczas okupacji, sympatyczny mój znajomy, pan Teoś Piecyk. Staliśmy przy zbiegu Chłodnej i Towarowej i patrzyliśmy w głąb placu Kercelego, który właśnie likwidowano. Roiło się tam od zielonych żandarmów, szarych wehrmachtowców i tajniaków w ceratowych płaszczach, którzy ładowali na auta zagrabione towary, z wściekłością rąbali stragany, tworząc z nich na środku wielki płonący stos. Stojące na Ogrodowej "budy" zabierały na Skaryszew-ską handlujący naród. Zdawało się, że ostatnia godzina przyszła na popularne warszawskie targowisko, gdzie w latach rozkwitu dostać można było wszystko od flaków ,,z pulpetamy" do mało używanego forda, nie mówiąc o takich specjalnościach, jak rasowe gołębie, garderoba męska, gramofony, zegarki bezwerków, broń palna, pokarm dla złotych rybek itp. Mówiono, że gdyby ktoś zapragnął kupić tam nawet bengalskiego tygrysa, usłużni kupcy miejscowi dostarczyliby mu go z ogrodu zoologicznego. Niemcy specjalnie nosili na wątrobie Kercelak. Tu bowiem na drugi już dzień po wydaniu zarządzenia o stemplowaniu stuzłotówek, pojawili się zaopatrzeni w przepisowe pieczęcie i poduszki przepojone tuszem ,,bankierzy", uskuteczniający stemple identyczne, od ręki, bez żadnych biurokratycznych formalności, za "jedyne 15 złotych". Tu przy budce z gorącym bigosem stał sympatyczny blondyn, który oferował przechodniom ,,autentyczne" niemieckie "ausweisy". - Każda jedna osoba wpisuje w ten ów dany ajswajs swoje właściwe imiono i nazwisko i już nie czuje się zmuszona pryskać z tranwaju czyli tyż bazaru, o wiele nawet ktoś krzyknie,.łapanka". Taki naturalny ajswajs z prawdziwem podpisem gienierał gubernatora Fiszera oraz również takżesamo poniekąd dwoma kogutamy nie kosztuje u nas "górala", nie kosztuje pół, tylko jedyne sto złotych. Kto ma życzenie posiadać trzeciego koguta, czyli tyż wronę, możem to uskutecznić za dopłatą na koszta 25 złotych. Stówka nie majątek, a nerwy trzeba szanować! l oto parę dni temu znalazłem się znowu na Chłodnej. Wieszcze słowa pana Piecyka sprzed dwóch lat ziściły się. Wśród opalonych ruin okolicznych domów stoi Kercelak zmartwychwstały, nowy, pulsujący życiem, rozbrzmiewający dawnym prawie gwarem. Nie ma oczywiście jeszcze dawnego

rozmachu, przypomina chorego, który, wstawszy z łoża boleści, stawia pierwsze kroki. Wiele dziedzin jeszcze znajduje się w powijakach, wiele zdaje się pochłonął bezpowrotnie ocean płomieni. Trudno już teraz o takie na przykład sceny, dawniej codzienne: - Proszę pana, ja tu w przeszłem tygodniu kupiłem u pana samiczkę dla swojego kanarka. - Możliwość, no to co? Lekramacje pan wnosi, niezadowolony pan z niej, źle się prowadzi? - Nie to, tylko nie wiem, co się mojemu "Maciusiowi" stało. Jak był sam, śpiewał prawie bez ustanku, a teraz nie zapiszczy nigdy. - Może się pierzy? - Nie, nie pierzy się. - W takim razie musi być przeżarty. Dmuchał mu pan szanowny w piórka? Żółte ciało posiada? - Nie oglądałem, ale nie przypuszczam, żeby to było powodem jego milczenia, bo karmię go ściśle według pańskich wskazówek. A mimo to siedzi osowiały na grządce, patrzy na samiczkę i ani się odezwie. - Jak to, patrzy na samiczkie? W jednej klatce ich pan trzymasz? - No naturalnie. - l pan chcesz, żeby samiec śpiewał? - A cóż to ma jedno do drugiego? - Starszy człowiek, jak pragnę zdrowia, i życia nie zna. A pan szanowny taki znowu i wesoły, jak żona w domu przebywa. Śpiewać się panu chce i skikać po mieszkaniu? Niech ja skonam, że nie. Uszy pan po sobie położysz, gazetą się pan zasłonisz i tylko się uważa, żeby głęboki talerz na łeb człowiekowi nie zleciał. Nie mam racji? Ale nich tylko małżonka na tętniaki wyjadzie, zaraz inszy humor przychodzi, gramofon się nakręca, koleżków sprowadza, sznaps i zakąska na stole figuruje. Prawdziwe życie się zaczyna. Czyż wszak nie? - Myśli pan, że i kanarki też tak? - Toczka w toczkie tak samo. Stworzenie również swój rozum posiada. A mężczyzna, czy w kanarejskiem czy ludzkiem rodzaju, zawsze mężczyznom się pozostaje i nie lubi, żeby mu małżonka nade łbem siedziała. Dlatego tyż, o wiele pan chce, żeby pański ,,Maciuś" głos odzyskał, zabierz pan od niego żywo te damskie towarzystwo. Mam tu odpowiedzialne klatkie z firaneczkamy i wanienkąw sam raz dla żony pańskiego kanarka. Klient, wytargowawszy cenę, nabywa wytworną klatkę, ale pan' Wawrzyniec Kolanko, znany w szerokich kołach handlowych Kercela-ka pod pseudonimem ,,Koguś", proponuje mu jeszcze dodatkową transakcję. - Panie szanowny, mam tu jeszcze wyjątkowe okazje. Amatorska rzecz za bezcen. Pięćset złotych kosztowała, a teraz za pięćdziesiąta-ka można ją kupić. - Cóż to takiego? - Mówiąca papuga. - l dlaczegóż to tak tanio chce ją pan sprzedać? - Bo feler posiada. - Jaki? - Ptak oprócz tego, że publicznem wyrazem się odzywa, lubi jeszcze wołać: ,,1lipek, dawaj glinę". To nas może na policyjne nieprzyjemności narazić, ale z tego widać, że drób jest faktycznie uzdolniony. Mimo to klient nie chciał kupić papugi. Wydawała mu się mała. - Czego? Mała? - odrzekł na to obrażony właściciel. -To kup pan sobie bite gięś

albo idyczkie, będzie większa. Tu zaraz na lewo przekupki sprzedają. Łatek galarowy, psia jego nędza. Zoologiczny artykuł na wagie chce kupować! Na razie ptaków na Kercelaku nie widać, ale wrócą wraz z jego filiami rozsianymi dziś tak hojnie po pryncypalnych ulicach Warszawy. KSIĄŻĘ W PRZEŚCIERADLE Spłakaliśmy się z Gienią rzewnemyłzamy, jakieśmy się dowiedzieli, że niejakie Duńczyki zamierzają nam nowe figurę księcia Józefa fond-nąć, zamiast tej, którą szkopy Warszawie zaszabrowali. Więc o wiele są jeszcze na świecie takie honorowe faceci, co drugi raz za te same pieniądze skradziony pomnik mają życzenie dostarczyć, myślę, że się nie obrażą, o wiele jem troszkie pogrymasiem. Stara figura była, owszem, nie można powiedzieć, odpowiedzialna. Książe Józef jak żywy, koń także samo - nie wyścigowiec, ale obleciał. Tylko z tem oszczędnościowem ubraniem było coś nie bardzo w porządku. Książe Józef, jak wiadomo, z zamożnego domu pochodził i ubrać się miał w co, znakiem tego nie ma prawa chyba w prencypal-nem ponkcie miasta w charakterze gołego mortusiaka, jakby się na kartki ubierał i od Unry parę metrów flaneli w prezencie otrzymał, figurować! Mam racje, czy też wszak nie? Są dranie ludzie w Warszawie, które mówią, że było jednego razu tak, że książę ciut-ciut pod muchą, w samem tylko prześcieradle na konia skoczył i z plaży Poniatówki do gienieralnego sztabu tak letko ubrany zasunął, l podobnież na te pamiątkie w ten deseń przez jakiegoś zagranicznego rzeźbiarza odrobiony został. Ja tam nie wierzę, żeby tak mogło być. Ale nawet o wiele było, no to co? Poniatoszczak ułan był, chłop równy jak rzadko, mógł sobie czasem pozwolić. To co? To mamy mu teraz parę set lat dokuczać? Kto ma prawo? Chyba rodowita, właściwa żona, ale książę nie frajer, w kawalerskiem stanie do końca życia się znajdował. A teraz, o wiele się rozchodzi o ścisłość, to pomnik naświeżem powietrzu postawiony musi jednakowo służyć na wszystkie cztery pory roku. O wiele mężczyzna jak lalka nikogo nawet w kąpielowym ręczniku razić nie może letnią porą, na jesieni, czyli też w zimie wygląda jak ofiara losu. A czasem nawet zabradziażenie spokoju publicznego i zatrzymanie ruchu kołowego może wywołać. Parę lat przed wojną dwóch zagazowanych na pestkie warszawskich rodaków przechodziło koło pomnika. Śnieg padał jak wielkie nieszczęście, bo to było przed Bożem Narodzeniem. Jak te zalane faceci zobaczyli, że książę Józef na bosaka w prześcieradle na ulicy siedzi i jeszcze konia pałaszem poganiać musi, taki żal ich za serce złapał, że jesionki pościągali, na pomnik wleźli i dawaj Józia ubierać. A że było ślizgo, co i raz na mordę z pomnika zlatali. Ma się rozumieć draka się na ulicy z tego zrobiła, gliny nadlecieli i do mamra tych litościwych ankoholików zabrali. Do rana żeśmy wtenczas ze szwagrem w ,,jedynce" na Krakowskiem przesiedzieli. W taki sposób prosiemy uprzejmie, żeby nowafigura po formie była. ubrana. Czapka ułańska, perelina na futrze, także samo mondur. Koń obowiązkowo musi mieć siodło i kantar. O wiele rozchodziłoby się o mosiądz, to z Gienią już załatwione. Dwa radlę i moździerz obiecała. Z tłuczkiem; SPACERKIEM PRZEZ PONIATOSZCZAKA Szliśmy z panem Piecykiem nowo otwartym mostem. Wśród tłumów warszawiaków, kontrolujących bacznie odbudowę, słychać było różne na jej temat uwagi:,,Ogrodzenie brzydsze jak poprzednie".,,Dawniej były liście, girlandki,

różyczki, a teraz proste sztachety..." Pan Piecyk poprawił uroczysty sztywniak na głowie i rzekł: - Jak panu szanownemu na girlandkach i wianuszkach zależy, to na Bródno się pan przejadź. Most ma prawo być wygodny pod względem pieszej i kołowej komunikacji, a girlandki zmuszone jesteśmy na razie chromolić z powodu braku czasu. Ja tyż także samo lubię kute żelazne galanterie, ale dosyć mam zasuwania przez pontoniaka. Tu pan Teoś spojrzał z góry na opustoszały, zdetronizowany most pontonowy, na nudzących się na nim kilku saperów i dodał pojednawczo: - Broń Boże, marnego słowa nie powiem, starali się chłopaki, jak mogli, i przeprawa była wcale nie najgorsza, ale na Grójec, panie szanowny, do stolicy ciut-ciut nie pasowała. Na dobitek pieszem przechodniom za dużo cykorii dostarczała. Zwłaszcza poniekąd przy małej wodzie. Pamiętam raz, wóz, para koni, mebli z sześciu pokoi z kuchnią pod pierwsze piętro nakładzione, wjeżdża na most i całe szerokość zajmuje. Pomocnik furmana na desce siedział i tylnie koła miał nią z górki, hamować. Ale cholerę tam. Zaraz na początku zleciał na zbity łeb, a wóz poszedł na most jak kula. Masz pan pojęcie, co się tam wtenczas wyprawiało. Najpierw szorowali dwie panie starsze z pieskami-jeden jamnik, a drugi japończyk z małym noskiem. Potem leciał wózek z pomidorami i my - dwieście pięćdziesiąt osób, a za namy sześć pokoi z kuchnią na tem wozie. Wyboru nie było - albo do Wisły, albo przed siebie, bez przytomności. Do samej Saskiej Kiępy nas ganiał, zaczem go przyhamowali. W taki sposób nie możesz się pan dziwić, że na girlandki nie chcę czekać. - Wszystko dobre, tylko ten kurz potworny, udusić się można... -doleciała nas znowu uwaga jakiejś pani w eleganckim kostiumie. - Widzisz pan i kurz jem tyż przeszkadza... Jaka taka paniusieczka za jedne nogie na ciężarówce w charakterze łebka wisiała albo przez wysoko wodny dwie godziny gęsiego zapychała, to było dobrze. A teraz chociaż jak po Saskiem Ogrodzie spacerskiem sobie posuwa, troszkie piasku w nosie ją z nerw wyprowadza! Jakżeż ma nie być kurzu, kiedy samochody jeżdżą, a most zwierem jest wysypany. - Można by co prawda troszkę ten żwir polać. - A po co? Przyjdą deszcze, gradobicia, śniegi to i kurzu nie będzie. W całem ludzie dziury szukają, jak pragnę zdrowia. Tu się cieszyć trzeba, a nie polewać! W tej chwili mijał nas pochód młodzieży. Warszawa kocha przy^ szłość narodu, pan Piecyk patrzył na nią z dumą i rozrzewnieniem, ale na widok transparentu, głoszącego złotymi literami: ,,Zrodził nas czyn", trącił mnie lekko łokciem i rzekł z uśmiechem: - A mamusia to pestki gryzła, tak? 4^ KTO MNIE BIJE Sale sądowe bywają niekiedy widownią rozdzierających serce tragedii rodzinnych. Weźmy na przykład odbytą w sądzie grodzkim na Lesznie sprawę p. Teofila Zakalca, wytoczoną przeciwko własnemu synowi. Gdy starszy pan Zakalec stanął przed sędziowskim stołem i płynącymi z głębi zbolałego serca słowy oskarżał syna o znęcanie się nad nim, współczucie, zgroza, oburzenie malowały się na przemian na twarzach wszystkich obecnych. Tak było aż do chwili, gdy zabrał głos oskarżony... - To wszystko się zrobiło bez pomyłkie, proszę Sądu Wysokiego. - Czyż można przez pomyłkę zranić własnego ojca? - Po ciemku można, panie sędzio szanowny. A to właśnie było po ciemku, bo pan

młody zbił lampę krzesełkiem. - Co za pan młody? - No... Krupiszeszczak. - Sąd nie wie, kto to taki. - A w takiem razie przepraszam i zmuszony jestem wszystko zagaić od początku. - To zbyteczne, niech oskarżony mówi o samym pobiciu. - Kiedy jak mówię, o samem pobiciu, to się okazuje, że pan sędzia nie zna pana młodego. - A czy on ma związek z zajściem między oskarżonym i jego ojcem? - Rzecz naturalna, że ma, bo żeby się nie był z teściową poróżnił o to, któren ślub ma być pierwszy, czy w kościele po konsystorsku, czy w Gospodarczem Banku, po obywatelsku, nie byłoby całego zdarzenia. A tak, ponieważ, że się poróżnił i rzucił krzesłem w lampę, goście zaczęli się łoić po ciemku. Kto kogo miał pod ręką, grzał, czem popadło. Ja na razie trzymałem się na tak zwanem uboczu, zdjąłem tylko lanszaft ze ściany, ijakmniektozaklapy.tojagolanszaftem.Ale w jednej chwili czuję, że ktoś mnie łapie za krawat, no to ja, ma się rozumieć, trzask go z wierzchu widoczkiem, aż mnie się rozleciał, ale tamten nie daje za wyg ranę, tylko co i razbykamniefonduje,notonie miałem inszego wyjścia, biere go za hale i w nos, w nos! Tamten w krzyk: "Kto mnie bije? Kto mnie bije?" - pyta się. Znakiem tego zmuszony byłem go poinformować: Ja cię bije! Ja cię bije! - mówię - i w klukie go, w klukie. Wtenczas ten ów osobnik znowuż zapytanie mnie robi: "Czy to ty, Toluś?" Troszkie nieprzyjemnie mnie się zrobiło, bo żem tatusia poznał. Zapalam zapałkie, faktycznie tatuś, cały zajuszony, przede mną stoi. Przeprosiłem go i odsunąłem się jak najdalej, ale za parę minut znowuż ktoś mnie ciągnie za krawat, no to ja go w arbuz i apiać poznaje ojca po głosie. - A nie kręć że się tatuś jak w przeręblu, bo za ojcobójcę się tu zostanę - i wepchałem go w kupę gości. l myśli Wysoki Sąd, że na długo! Nie wytrwało może minuty, czuję, że mnie ktoś przypakował w ciemię gzymsem od firanek. Odwracam się, znowuż głos tatusia. To mnie zgniewało. - Coś się, fater, do mnie przyczepił? Sam jeden jestem na weselu czy jak? Nie masz tatuś drużbów, muzykantów, teścia, nie możesz ich kołatać? No i ma się rozumieć w pierwszej złości wyrzuciłem tatusia przez okno... - Z którego piętra? - Z parteru do ogródka... l więcej nic takiego nie było. Okazało się następnie, że pan Zakalec senior tego właśnie gestu nie może synowi wybaczyć i żąda surowej kary. Ponieważ większość świadków, gości weselnych, potwierdziła zeznania pana Tolusia, sąd uznał, że oskarżyciel nie występował wówczas w roli ojca, ale w charakterze równouprawnionego uczestnika nieporozumienia towarzyskiego, wobec czego nie mógł sobie rościć pretensji do specjalnych względów ze strony swego dziecka. Dziecko zostało uniewinnione. TO PAN - NIE HITLER Jakieśmy ze szwagrem przeczytali, że podobnież jest poważna poru-ta, że Hitler

żyje, tylko mordę ma zmienione przez kosmetyczne kalotechnikie, postanowienie uskuteczniliśmy na swoje rękie go poszukać. Amerykańskie kowboje całe Niemcy przeszukali konno cal koło cala i nie mogli go znaleźć, znakiem tego, gdzieś zagranicą musi się ukrywać i kto wie, czy nie w Warszawie. W każdym bądź razie Warszawę trzeba również wszak takżesamo przejrzyć, żeby być pew-nem, że go tutaj nie ma. A ponieważ, że wierzchem nie umiemy jeździć, wynajęliśmy derożkie i dawaj po Warszawie zapychać -szukać łobuza. Szczęście nam, jak to mówią, sprzyjało i zaraz na drugiej ulicy zobaczyliśmy faceta, któren się nam wydawał bardzo podejrzanem. ,,Papugie", czyli oblicze, miał fatalnie pokancerowane, jeden pu-liczek spuchnięty jak karmelicka bania, limony pod ślipiami, nos poprzecinany tam i nazad, jedne ucho dwa razy większe od drugiego. Szwagier mnie trąca i zaznacza: - Walerek, zatrzymaj derożkie, zdaje się, że mamy Hitlera. Wysiedliśmy, pożyczyliśmy od dorożkarza bata, zaszliśmy facetowi od tyłu i ja mówię do szwagra: - Feluś, jak na ciebie mrugnę, pociągnij podejrzane osobistość przez krzyż kozicą, a ja w tem trakcie za krawat i do milicji. Jakeśmy podeszli bliżej, byliśmy jeszcze więcej upewnione, bo się okazało, że buty i nogawki miał olejnąfarbą pochlapane. Mrugłem, ma się rozumieć, na braciszka żony, a ten jak nie przejedzie Hitlerowi grubszem końcem bata przez krzyż pacierzowy, jak nie poprawi po kapeluszu. Hitler za plecy się złapał i krzyknął: - O rany gorzkie, kto mnie tak przyiwanił? No to my widziem, że to chyba nie Hitler, bo za bardzo się po warszawsku odezwał. Nieprzyjemnie się nam zrobiło i mówiemy do niego: - Pan szanowny pozwoli się zapoznać. Wątróbka jestem Walery, a to jest mój szwagier niejaki Piekutoszczak. - Bardzo mnie przyjemnie - mówi ten facet. - Rosołek się nazywam, mistrz bokserski dziesiętnej wagi. - Przez apteczne złudzenie ludzkiego wzroku wzięliśmy pana szanownego za Hitlera, z powodu że twarzyczkie posiada pan ze siadamy poważnej operacji doktorskiej, a także samo konfekcja męska, niemożebnie farbą uszargana, daje nam do zrozumienia, że ma pan zaszczyt być malarzem. - To nie żadna operacja, tylko po niedzielnem meczu oblicze mam troszkie zmienione, a spodnie i kamasze zupą pomidorową w stołówce mnie jedna ślepa komenda pochlapała. - A skoro jeżeli tak, to przepraszamy za pardą i nasze najniższe uszanowanie. - Chwileczkie. Nie mam do panów szanownych żalu o te dwa, trzy baty, bo to drobiazg, ale za to, żeście mnie, łachudry, za szubrawca Hitlera wzięli, ciężko będziecie u mnie przegrane - zaznaczył ten ów bokser i zaczął ściągać jesionkie. No to my, ma się rozumieć, chodu do dorożki i odjazd. Ale on nas dogonił i w obecnem czasie leżemy w domu pod ceratką z wodą gulardową i długo jeszcze będziemy się bojeli na mieście pokazać bo jesteśmy tak zmienione, że każdego jednego z nas ktoś może wziąść za Hitlera. PYCH NA WODĘ! Warszawie przybyła przed kilku dniami atrakcja komunikacyjno-spor-towa, wznowienie przeprawy łodziami przez Wisłę na Saską Kępę, w miejscu zlikwidowanego mostu pontonowego.

Dzielni nasi wodniacy, pilotujący te jachty, mają niezwykle miękkie serca i do najbardziej nawet przeładowanej łodzi zawsze gotowi są przyjąć jeszcze dwie, trzy osoby, nawet z pokaźnym bagażem. Wygląda to mniej więcej tak: Dyrektor przedsiębiorstwa, stojący na brzegu, woła do swego pełnomocnika, umieszczonego na łódce: - No, Józiek, pych na wodę! - Zaraz, majster, weźmiem jeszcze tych dwóch panów. Z nasypu schodzą właśnie dwaj zapóźnieni podróżni, dźwigający krawiecką maszynę do szycia. Na łodzi odzywają się głosy protestu: - Gdzie? gdzie? Tu już nie ma miejsca, są trzy rowery, piec szamotowy i koń na biegunach! - To wszystko frajer, wczorej motocykl, bieliźniarkie z lustrem i trzydzieści osiem osób przewieźliśmy, to i maszynka się zmieści. Ładujcie się, panowie, tylko żywo. Ale załadowanie natrafia na pewne trudności, gdyż panowie mają ruchy nieco chwiejne, wywołane najwidoczniej intensywnym oblewaniem świeżo zakupionej maszyny. Wreszcie maszyna zostaje energicznie wbita między pasażerów, którzy krzyczą: ,,Duszę się" lub "Do wody lecę", w zależności od zajmowanych miejsc. Dowódca portu woła ponownie: - Pych na wodę! l łódź majestatycznie odbija od brzegu. Pasażerowie przypominają gromadę rozbitków siedzących na małej tratwie, pływającej w odmętach oceanu. Jedni z przerażeniem patrzą na poziom wody, równy niemal z burtą. Inni szepcą coś zbielałymi wargami -prawdopodobnie jest to ,,modlitwa w godzinie śmierci". Tylko panowie transportujący maszynę zachowują się beztrosko. Jeden obejmuje ją czule i zasypia, drugi objawia pełnię radości życia. Chwyta za burtę i z pieśnią: "Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal", zaczyna huśtać łodzią. Wściekłość ogarnia wszystkich. - Co jest z tym pijakiem? - Panie szanowny, co jest? Kup pan sobie kołyskie i huźdaj się pan, ale w domu, nie na łódce. Chcesz mnie pan pasażerów do wody wygruzić. Co to, lato, czy jak? Czterdzieści osób w koklusz chcesz pan wpędzić? Na dobitek za kurs jeszcze nie zapłacone, po wodzie będę dłużników zbierał? - interweniuje kapitan łodzi. Zgromiony śpiewak cichnie, opuszcza głowę, ale po chwili tak potężna czkawka zaczyna wstrząsać jego jestestwem, że łódź kołysze się nie gorzej niż przedtem. - Za dużoś pan wody do karbitu dolał, co? - Dlaczego do karbitu? - To pan nie wiesz, że bimber z karbitu robią. Wtedy broń Boże z wodą przesolić, bo człowieka rozerwać może jak zapchane karbi-tówkie. - Faktycznie, cały syfon wypiłem, po rolmopsach... - Może być z panem niedobrze. Całe szczęście, że zaraz wysiadamy. - Wacuś, wysiadamy! - krzyknął współwłaściciel maszyny do swego drzemiącego towarzysza. Pan Wacław zerwał się, wysiadł... i wpadł po szyję w wodę, do brzegu było bowiem jeszcze parę dobrych metrów. A najgorsze to, że za jego przykładem poszła jakaś bardzo spiesząca się pani w binoklach. 4S GOERING l BANANY l znowuż jestem zmuszony pobarłożyć coś niecoś na konto tej sądowej sprawy w mieście Norymbergii. Nareszcie skończyli się rozmówki, parle franse w

rękawiczkach i ,,banany" doszli do głosu. Podobnież Gieryngowi morda ani na jedne minutę się nie zamyka; jak nie szczeka na boku ze swojem adwokatem, to z tem Hessem, co największego wariata struga, pyskuje. Amerykański glinoszczak, który go w sądzie pilnuje z ,,bananem", czyli gumową pałką do leguracji ruchu w ręku, co i raz grzecznie uwagie mu uskuteczniał. - Te, gruby, przymknij się na parę pięć minut, bo jak nie, to ja cię przymknę - i bananem mu groził. Gieryng faktycznie przycichał na chwilkie, ale jak się glinoszczak odwrócił, znowuż się z Hessem albo tyż z Frankiem w czarnych okularach spomknął i dawaj dalej rajcować. Tak się raz zaszczekał, że nie przyuważył, że glina z tyłu za niem stoi i słucha. Amerykan stał na razie spokojnie, ale jak widzi, że sam najważniejszy sędzia w białej perudze na niego mrugnął, jak nie przypakuje Gieryngowi przez plecy gumę, jak nie przyfonduje mu drugą. - O rany gorzkie, jak mnie przyiwanił - krzyknął szkop i za plecy się złapał. - A coś ty myślał, byku, na co ja mam banana w ręku, do dłubania w nosie? Jeszcze raz się podobnie zachowaj, to cię tak zaprawie, że cię Hitler na tamtem świecie nie pozna. Nie można z niemy inaczej. Już starożytna historia o tem nas poucza za pomocą lanszaftu pod tytułem ,,Bitwa pod Gronwaldem", któren świeżo z ziemi zostałwykopany i teraz malarze go odświeżają. Kiedyś, przed wojną, wisiał na wystawie na Królewskiej ulicy w głównej sali. Odpowiedzialny widoczek. Ach, jak się tam naparzają Krzyżaki na koniach z jednej strony, nasze na piechotę z drugiej. Tak to jest odrobione, że wytrzymać po prostu trudno, żeby nie skoczyć naszem pomagać. Poszłem tam raz na te wystawę ze szwagrem Piekutoszczakiem, któren znajdował się pod ankoholem, to jak zobaczył, co się wyprawia, listwę od kanapy odłamał i leciał Krzyżaków grzać. Dopiero dwóch woźnych go złapało za hale i na ulicę. A detalicznie pod tem Gronwaldem to było tak. Zebrali się tam Krzyżaki ze wszystkich stron i dawaj króla Jagiełłę płoszyć, że go w drebiezgi rozbiją. Król w pałatce jak raz siedział ze swojem famie-liantem, niejakiem Witoldem, i do wojny się szykował. Atu kołdra, co w drzwiach wisiała, się podnosi i dwóch Krzyżaków wchodzi, pierzynę ze sobą przynieśli, a na niej dwa pałasze. Król na famielianta spojrzał, a ten znowuż na niego i myślą: "Na cholerę oni te pościel tutaj wnoszą"? A Krzyżaki się ukłonili i zaznaczają: - Te pałasze, proszę króla, tośmy na to przynieśli, żebyś się król miał czem bronić. Ten Witold był czarny, kindziorowaty i znakiem tego raptus, poderwał się z krzesła i mówi: - Władek, drakie z nas robią, nie wytrzymam. Ale Jagiełło nazad go posadził i zaznacza: - Tylko bez nerw, ja się tu zaraz z niemy oblecę, l odpowiedź daje, że się te pałasze przydadzą, żeby jem większe knoty spuścić, l tak się stało.

Taki dostali wycisk, że zjeżdżali spod Gronwaldu, aż jem się komże wiwali. Na te właśnie pamiątkie jeden malarz, niejaki Matejak, ten lanszafcik uskutecznił. Szkoda, że Hitler nie żyje, bo by go się postawiło do odnawiania, marny podobnież był fachowiec, ale chociaż farby rozrabiać by musiał. No trudno, się mówi, dobrze chociaż, że Gieryng te parę gum dostał. OPERA W KUCHNI Panna Koralik, absolwentka wyższych kursów gotowania na gazie, piastująca odpowiedzialne stanowisko ,,do wszystkiego", posiada wrażliwą duszę i artystyczne zamiłowania, kocha śpiew i muzykę, codzienne swoje zajęcia traktując jako etap do kariery śpiewaczki operowej. Słucha też namiętnie wszelkich audycji wokalnych radia, nie opuszcza żadnego z występów zespołów rewiowych w ,,Romie". Była na obydwu premierach naszej odrodzonej opery, opowiadając potem libretta miejscowej dozorczyni. - Kochana pani Zając, nie mogie powiedzieć, ładnie było. Zwłaszcza poniekąd spodobało mnie się o tem damskiem fryzjerze, któren wodne ondulacje uskutecznia i bez cały czas śpiewa. - l nie parzy klejentek rurkamy w szyje? - Jakoś nie. Ale powiem kochanej pani, że nie ma to jak,,Halka", co ją przed wojnąw Wielkiem Teatrze odgrywali. O tej służącej, co to pani opowiadałam, którą panicz na konto wolnej miłości w Zakopanem zbajerował, a później z dzieckiem przy piersi rzucił, a ona do Wisły skoczyła. - Głupia była dziewczyna, zaczem się topić, o alementa do sądu powinna go była podać. Trzysta złotych na miesiąc jak nic by wygrała. - O wstyd jej się rozchodziło. - No to chociaż siarczanem kwasem, czyli tyż ługiem ślipie draniowi chłopu bym wypaliła. - Tak się to mówi. W Zakopanem ani sądu nie ma, ani siarczanego kwasu dostać nie można, tylko krugom same góry. Zresztą to wszystko na jury - artyści odstawiają. - Żeby forsę z publiki wyduszać. - A mnie się to spodoba, l w sercu marzenie takie mam, żeby się za artystkie zgodzić, l głos posiadam odpowiedzialny, i po drekoracjach z dzieckiem chodzić bym potrafiła. - Faktycznie, nie powiem, głos masz panna Czesia mocny. Lokatorzy już trzy razy do rządcego się skarżyli, że od tego śpiewania sipiać po nocach nie mogą, a ten doktor z drugiego piętra, to podobnież nawet proszenie do komitetu domowego napisał, żeby pannie Czesi troszkie twarz przymknąć. Z dzieckiem chodzić także samo byś panna umiała, a kto wie, czy niedługo nie będziesz, jak z tem węglarzem flankierów nie zaprzestaniesz. Ale to co inszego, a teatr znowuż rzecz druga. Bo co tu dużo będziem gadać, l ubrać się panna nie masz w co, i pod względem urody się nie wykazujesz. - Coś pani powiedziała? - To, coś panna Czesia słyszała. Nogi krzywe i dziobów pełna morda. - Pilnuj pani swego rozkociudanego łba, bo jeszcze jedno takie słowo, a za kok złapie i ze schodów spuszczę. Ponieważ dozorczyni dorzuciła jeszcze niejedno takie słowo, ale z pięćdziesiąt, niedawne przyjaciółki chwyciły się za fryzury i wzajemnie starały się wybić swymi osobami filongi w drzwiach. Udało się wreszcie pannie Koralik, ale jej chlebodawcy przyprowadzili milicjanta, który wstrzymał dalszy rozwój wypadków.

Epilog rozegrał się oczywiście w sądzie, gdzie zarówno,,Halka", jak jej przeciwniczka otrzymały tylko surowe napomnienie, gdyż powód zajścia był romantyczny - sercowa zazdrość o pięknego węglarza. ^€ WIGILIA TUŁACZY - Jak tam, panie Królik, święta się panu zapowiadają? - Owszem, nie mogie powiedzieć, żeby źle. Nie to, ma się rozumieć, co przed wojną, kiedy to siedem potraw obowiązkowo na Wilii musiało figurować: śledź pocztowy z cybulką, zupa grzybowa z gwiaz-dkamy, szczupaczek po żydowsku, karp na szaro, grzyby smażone w cieście, kluski z makiem i komput. Teraz będzie troszkie skromniej, ale zawsze nie ostatnio. Na pierwsze - kartkowy ulik w ikrę kopany, na drugie -,,Wśród nocnej ciszy", na trzecie ,,W żłobie leży", na czwarte - "Przybieżeli pasterze", na piąte i szóste jeszcze dwie kolędy, no i ma się rozumieć na zakończenie suszone śliwki od ,,Undry". Gwiazdki będziemy mieć w górze nad głowami, bo właśnie wczoraj w nocy dach nam sąsiedzi zaszabrowali. - No, śmiech śmiechem, jeszcze się tam znajdzie u pana coś niecoś wypić i zakąsić. Dzisiaj rano widziałem, jak pańska małżonka kosz żywności taskała, ryba też była, bo ogon cholerze wystawał. - Wiadomo, żarty mają swoje miejsce. Jak będzie, tak będzie, ale gront, że u siebie w Warszawie, bo w czterdziestem czwartem roku miałem takie święta, że wrogowi nie życzę. - A gdzie pan był? - W tem całem Krakowie. - No i co, źle panu tam było? - Owszem, miasteczko sobie nawet niczegowate. Tylko ludzie jakieś dziwne. Zżyć się, uważasz pan, nie można. Przyjęli nas nawet gościnnie, nie powiem. Jeden doktor, bo tam, uważasz pan, co drugi facet to doktor, dał nam pokój w swojem mieszkaniu i na razie było wszystko jak najlepiej, l wiesz pan, o cośmy się posprzeczali? Nie uwierzył byś pan nigdy. Razem ze mną mieszkał Kropidłoszczak, ten dziobaty. Święta szli, no to myślem sobie, niemożnatakzzałożonemi rękami siedzieć, ciężarem być dla społeczeństwa. A że Kropidłoszczak wywiózł z sobą z Warszawy aparacik, no to się go ma się rozumieć ustawiło. Cylinder miedziany, na rury zdjęło się doktorowi mosiężne gzymsa od firanek, ceberek na zacier - i cała fabryka. Ledwośmy maszynkie puścili, wiata doktor. - Co tu tak ankohol czuć - się pyta. - Co panowie tu robią? - A co mamy robić, śmietankie prosto od krowy? Bimber się robi. - Jak to, u mnie?! - Tak. A bo co? Myślałem, że go zła krew zaleje. Za głowę się złapał, zaczął krzyczyć, że go zniszczem, że do więzienia razem z nami pójdzie, i temuż podobnież. Na razie przypuszczenie zrobiliśmy, że mu się o spółkie rozchodzi. Chcieliśmy go wziąść na trzeciego, bez jednego grosza. A ten nic, tylko żeby się wyprowadzić! - Niemożebne! - Skarż mnie Bóg, tak było! - Faktycznie dziwny człowiek, przecież mógł zarobić ,,harmonię" pieniędzy. - l patrz pan, przed samemi świętami musieliśmysięwyprowadzić. Całe szczęście, że się znalazła jedna litościwa profesorowa i wzięła nas do siebie. W Wilie

gorzkiemi łzami się zalewaliśmy, jakieśmy sobie wspomnieli choinki za Żelazną Bramą, chłopaków za Herodów przebranych, pasterkie u Fary... Żeby nas pocieszyć ta owa profesorowa kupiła mojemu Józkowi drewnianego konika i pozwoliła mu się niem bawić pod choinką. Józiek konika wrzucił w kąt, wytaszczył skądś swoją własną zabawkie i coś tam koło niej majstruje. My kolędy zasuwamy i widziem, że profesorowa podchodzi do niego, głaszcze go po głowie i zapytanie uskutecznia: - Co ty tam masz, chłopczyku, co to jest? - Toto? - Tak. - Granat. - Jak to... granat??? - No, granat ręczny, niemiecki, dziewiątka. - Prą...prą...prawdziwy? - A jaki? Lipę bym zabierał z Warszawy - odpowiada Józiek i bawi się dalej. A paniusia, uważasz pan, f ajt i leży-zemglała.Notomydawajją, ma się rozumieć, czucić. Wyleliśmy na nią ze dwa kubły wody, zaczem przyszła do siebie. Jak otworzyła oczy i zobaczyła Józia, zaczyna krzyczeć, żeby granat odebrać. Wtenczas ja się odzywam w te słowa: - Niech się pani szanowna nie obawia, on sobie krzywdy nie zrobi, fachowiec jest. Chociaż ma dziesięć lat, lepiej się z tem umie obchodzić jak niejeden naturalny wojskowy. Po czterdzieści dziennie ich rzucał z barykady na Siekierkach. A ta się uparła i nic, tylko odebrać, wynieść z domu, bo przyjdą żandarmi, znajdą i będzie nieszczęście. To ja mówię'. - Pani szanowna, jakżeż ja mogie dziecku zabawkie w Wilie pod choinką odbierać? Czy to byłoby religijnie? A ona krugom swoje, wyszłem, ma się rozumieć, w końcu z nerw i przeczytałem jej fest litanię, żeby się do cudzych dzieci nie wtrącała. No bo rzeczywiście, żeby miał rozpylacz czy "filipine", rzecz druga -duża sztuka, mogą szkopy znaleźć. Sam był dat pętakowi po uszach, i broń odebrał. Ale mówię panu śmiech nie granat, kurze jajko, jak pragnę zdrowia, i tyle krzyku. Ponieważ, że mnie obraziła jako ojca dzieciom, zabrałem rodzinę, rzeczy, trząsłem drzwiami tak, że z zawias wyskoczyli i wyszliśmy. Tak, tak. Krakowiaki dobry naród, ale trudny w pożyciu, cykoryjny! MĄŻ OCZKA ŁAPIE Jak tylko pan Piecyk wszedł, od razu wiedziałem, że zaszło coś ważnego, i to w nieprzyjemnym rodzaju. A gdy gwałtownym ruchem rzucił mi na biurko jakieś czasopismo, upewniłem się, że znowu zawiniła prasa. Spojrzałem na barwną okładkę z podobizną efektownej szatynki w lamparcim futrze i odczytałem tytuł: "Moda i życie praktyczne". Byłem zdumiony. - Pan, panie Teosiu, czytuje tygodniki poświęcone modzie? Pan interesuje się tym zagadnieniem? - Tak - odpowiedział ponuro, ciężko siadając na fotelu. - Tak, pokazuje się, że wszystko powinno się czytać, bo nie wiem, ktedy i w jaki sposób możemy być fatalnie przegrane. - My, to znaczy kto?

- Znaczy, mężczyźni. - Nie rozumiem. - Przewróć pan kartkie i czytaj pan, o tu... Przeczytałem nagłówek: ,,W toku naszej ankiety. Czy mężczyzna powinien współdziałać w pracach gospodarsko-domowych?" Pan Teoś spojrzał na mnie z ironicznym triumfem. Wzruszyłem ramionami, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. - Nic, nic, czytaj pan dalej. Czytałem. Odpowiedź uczestniczki ankiety brzmiała: ,,Jestem mężatką od pół roku i udało mi się podzielić z mężem obowiązki domowe tak, że nie jestem wcale "wiecznie" zapracowana, a mąż jest oprany i najedzony, i zupełnie zadowolony, spełniając wiele domowych prac, których nauczyłam go i przyzwyczaiłam wykonywać, a które zdaje mu się, że spełnia z własnego ,,dobrego serca". Pan Teoś splunął symbolicznie: - Tfu, ciapciak, lebiega niewidymka. Ale to jeszcze nic, jadź redaktor dalej. Dalej było: "Oto w paru słowach rozkład naszego dnia: Mąż wstaje do pracy o godz. 5,30. Nie budząc mnie, odgrzewa sobie na gazie ugotowaną wieczorem owsiankę..." Na twarzy pana Piecyka odbiło się coś jakby współczucie: - Owsiankie, sirota, uważasz pan, wieczorem gotuje, a o piątej rano odgrzewa, l to, uważasz pan, nie dla kaczek, ale osobiście dla siebie. Na śniadanie owsiankie opycha... Na powiece pana Piecyka zaperliła się łza. Otarł ją szybko wierzchem dłoni i szepnął: - Ale dobrze tak łobuzowi, zagajaj pan dalej. "Myje po sobie filiżankę i talerzyk. Ja wstaję o 7-ej..." - Ona, uważasz pan, o siódmej! Spojrzałem na p. Teosia z wyrzutem: - Niech pan nie przerywa! - No dobrze, nie będę, ale nerwy i pana szanownego opuszczą, jak pan przeczytasz troszkie dalej... "Mąż czyści buty sobie i mnie, często zmywa naczynia, ceruje sobie skarpetki, lubi zamiatać i zaciągać podłogę, zawiesza firanki po praniu, przyszywa sobie guziki i nie wygląda na niezadowolonego..." - Nie wygląda? Faktycznie nie wygląda. Czasu, cholera, nie ma na wyglądanie. Zaciągnie podłogi, to przepierkie zaczyna, skończy prze-pierkie, to oczka w pończochach łapie. A ta jego bóg i niaw tem czasie w łóżku leży. Śniadanie jej poda, ona obsztorcuje go jak się należy, że kawa za zimna, i wstaje, bo się, do fryzjera śpieszy. Cała robota jest podzielona. Jak on rozwiesza kolory, to ona z manikurem się męczy. Jak on prasuje elekstrycznem żelazkiem, to ona się bije z myślami, jakie sukienki będą modne, długie czy krótkie. Jak on gotuje owsian-kie... Nie! Dosyć tego'... nie mogie dłużej otem myśleć!...Widzisz pan jaką "modę" i jakie "życie praktyczne" chcą nam zaprowadzić... l takie rzeczy się drukuje!... Na to cenzury nie ma! Tu pan Piecyk walnął pięścią w biurko. - Panie Teosiu - zdziwiłem się. - Pan, zawsze taki opanowany, czemu się pan tak przejmuje losem tego nieznanego mężczyzny. - Ja się przejmuje losem tego ciuchny? Dla mnie on może za te swoje szemrane małżonkie dzieci na świat dostarczać. To rzecz nie moja. Ale tu się rozchodzi o zły przykład, o bezpieczeństwo ogółu. Jeżeli się z tem od razu nie skończy, jutro będziesz redaktor piekł szarlotkie i chabry na poduszkach haftował. Do

mnie się już zabrali. Zaraz panu szanownemu powiem, skąd się o tej damskiej polityce dowiedziałem. Dwa dni temu nazad żona, uważasz pan, ni z tego, ni z owego wręcza mnie skarpetkie i igłę z nitką, śmieje się, ładuje mnie się na kolana i niby do pucu zaczyna mnie uczyć cerować. Spojrzałem się na nią ze zdziwieniem i mówię: - Julcia, ty zdaje się musisz być niezdrowa, może ,,kogutka" weźmiesz? No i ma się rozumieć skarpetkie w kąt. Julcie w drugi i wyszłem na miasto. Wieczorem znowuż ona niby też to przez śmichy-chichy do słania łóżek mnie zagania i Jaśkiem mnie w łeb.,,Nie - myślę sobie -faktycznie z Julcia jest niedobrze". Biere kapelusz i chce iść po doktora, wtenczas dopiero przyznała się, co i jak jest i pokazała mnie te gazetę. O, w tem miejscu jest o cerowaniu: "Namówiłam go, niby w żartach, do cerowania. Potem oświadczyłam, że jestem zachwycona, że ceruje wspaniale, nawet lepiej niż ja. Nazajutrz zobaczył mnie znów przy skarpetkach, przyjrzał się i rzekł: Może rzeczywiście zrobię to ładniej, pokaż mi. l tak już zostało". W ten deseń zrobiła z niego ,,indyka", teraz insze kobiety kontuje, żeby ,,balonów" ze swoich mężów uskuteczniali. Ale najważniejsze jest to, że w tem wszystkiem jest lipa. - Jak to, przypuszcza pan, że ta uczestniczka ankiety chwali się tylko, że tak zdołała opanować męża? - Nie, owszem, Gierynga żona tak po mordzie lała,, że mu medale dzwonili, gienierała Kuropatkina także samo. Lipa jesit w tem, że ona jest dopiero od pół roku mężatką. - A jeżeli istotnie tak jest? - Jeżeli istotnie tak jest, to ten facet już dzisiej powinien prosić, żeby go kto dobił. Nie ma na co dłużej czekać. ^